Cabin in the middle of wet lands.

…dobra, pojadłem, mogę pisać:).

NTNU (nasza uczelnia)  daje wszystkim swoim studentom możliwość wynajęcia na weekend jednej z blisko 30 kabin, czyli drewnianych domków położonych w środku lasu, bez prądu, bez wody itp. utrzymywanych przez studentów ochotników i tych którzy mieszkaja w nich an weekendy. Wraz z Kubą planowaliśmy wypad do jednej z nich od samego początku naszego pobytu w Norwegii, ale z racji wielu obowiązków jak i innych ciekawych wydarzeń w samym Trondheim udało nam się dotrzeć do jednej z nich dopiero w ten weekend… dotrzeć z wieloma przygodami :).

Kabina nazywa się Kåsen  czytane, jako polskie „Kosen” a wygląda tak:

Dzień przed wyjazdem zaplanowaliśmy dojazd i dojście do kabiny (wydrukowaliśmy mapki z Google, co jak się później okazało nie było najlepszym pomysłem), zakupiliśmy jedzenie (tradycyjne norweskie danie każdego zagranicznego studenta) i przygotowaliśmy niezbędny sprzęt (np. piłę ręczną potrzebna do przygotowania drewna do kominak, która swoją drogą wyglądała dość strasznie, w szczególności, przypięta do plecaka jednej z koleżanek). Pierwszą część trasy pokonaliśmy autokarem, który poza ceną nie różnił się mocno od Polskich standardów. Po 1.5h jazdy kierowca oznajmił nam ze zaraz będzie nasz przystanek…na pożegnani podarował rozkład jazdy i nienaganna angielkszczyzna życzył nam miłej wyprawy. Wędrówka nie była zbyt długa ani męcząca, za to strasznie …mokra. Może i nie padało (akurat w tym momencie), ale ziemia wszędzie jest tak nasiąknięta wodą ze jakiekolwiek przejście po trawie bardziej przypomina brodzenie w płytkim jeziorze.

Po 1h spacerku większość z nas miała totalnie przemoczone buty, dodatkowo nagle skończył się szlak i dalsza cześć drogi musieliśmy pokonywać krzakami, jednak dobre humory nikogo nie opuszczały!!! Właśnie! Nasza ekipa wyjazdowa składała się z: 2 Polaków, 2 Francuzek, Niemca, Belga, Łotyszki, Słowaczki i Estonki Jak widać międzynarodowe towarzystwo.

Po chwili błądzenia dotarliśmy do naszej kabiny. Na pierwszy rzut oka nie powalała (w szczególności jak jest się ceniącym wygodę mieszczuchem jak Ja) jednak po chwili każdy z nas dostrzegł w niej pewien urok i wiedział ze spędzone w niej chwile zapadną na długo w jego pamięci.

W kabinie spędziliśmy raptem kilkanaście minut, ponieważ rządza przygód i eksploracji otaczającego nas z każdej strony lasu i pagórków nie pozwalała zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu. Pełni zapału ubraliśmy nasze doszczętnie przemoczone skarpetki i buty i ruszyliśmy na „szlak”. Już po paru krokach zauważyliśmy kości…podejrzewamy ze był to łoś lub jakiś inny zwierz, choć kto wie? Może jedne z poprzednich mieszkańców kabiny… Za cel wycieczki, która była daniem głównym całego weekendu, obraliśmy sobie najwyższy (620 m n.p.m.) szczyt w okolicy. Po raz kolejny wędrówka nie była zbyt mecząca, ale mokra:) humory poprawiały piękne, iście październikowo-listopadowe widoki i rosnące co kawałek jagody.

 

Po zrobieniu masy zdjęć na szczycie naszej górki postanowiliśmy wracać do kabiny. W tym momencie nasz przewodnik nie popisał się zbytnio, bo zamiast wracać tą samą drogą poszliśmy w zupełnie innym kierunku. Nikt nie przewidział, że otaczające nas „wet lands” w każdym miejscu wyglądają tak samo…po kilkudziesięciu minutach błądzenia, która zakończyło się dojściem do krańców naszej, wydrukowanej na A4 mapy, znaleźliśmy jednak bezpieczną, ale po raz kolejny bardzo mokrą, drogę do naszego miejsca noclegu.

Na miejscu Kuba sprawnie zajął się przygotowaniem ognia natomiast reszta bandy rozwieszeniem mokrych rzeczy w okolicach kominka, przygotowaniem posiłku jak i ogarnięciem całej kabiny. Po paru godzinach (!) woda wesoło bulgotała w starym, ale spełniającym swoją funkcję garnku i już po chwili wylądował w niej pyszny….MAKARON!!! (a cóż innego można by się spodziewać!). Posiłek był zacny, każdy dostał dokładkę, jednak w pewnym momencie Kuba poczuł niepokojący zapach…niestety buty jednej z koleżanek zostały trochę przypalone, natomiast skarpetki Simona (sympatycznego kolegi z Belgii) przez następne miesiące będą straszyły kolejnych mieszkańców kabiny wypalonymi w nich dziurami! Złe ocenienie temperatury pieca nie popłaca:D Nawet ten mały incydent nie zepsuł nam tego wieczorku, a właściwie było z jego powodu tylko dużo śmiechu. Zaraz po kolacji wzięliśmy się za przygotowanie deseru: roztopione pianki + kawałek czekolady + dwa ciasteczka = norweski hamburger niskobudżetowy. Była to jedna ze słodszych rzeczy jakie w życiu jadłem! Reszta wieczorku minęła na rozmowach, graniu na gitarze, śpiewaniu i …nie, nie piciu piwa! wcinaniu ciastek:D! Około północy położyliśmy się spać…

Rano specjalnie nikt się nie zrywał i równo wstaliśmy w okolicach godziny 10. Każdy zjadł jakieś śniadanko i bez większego gadania zaczął rozglądać się za czymś pożytecznym do zrobienia, ponieważ obowiązkiem każdej z kolejnych mieszkających w kabinie grup jest pozostawienie jej w odpowiednim stanie (gotowej na przyjęcie kolejnych gości). Ja wraz z Simonem i Sebastianem zająłem się wodą (pobieraną z pobliskiej rzeczki-Szymon–>zbyt płytkiej aby dało się w niej łowić) i rąbaniem drzewa, co okazało się niezłą zabawą.

Koło godziny 13 opuściliśmy naszą kabinę, wdzięczni za schronienie i niezapomnianą atmosferę, którą nas obdarzyła.

Z racji, że autobus powrotny do Trodnheim mieliśmy dopiero o 19.50 resztę dnia spędziliśmy nad jeziorem, grając w siatkówkę, próbując łowić ryby z pożyczonej łódki (niestety nic nie udało się złapać….braki doświadczenia i słaby sprzęt jednak wychodzą) a Kuba skusił się nawet na kąpiel.

Wszyscy go za to podziwiali bo woda była na prawdę zimna. Zaraz po wyjściu z wody rozpalił ogień pod pobliskim daszkiem przy którym każdy z chęcią się ogrzał. Dziewczyny w międzyczasie poszły nazbierać jagód i z tego co wiem jutro będziemy zajadać placek. Pobyt nad jeziorem niespodziewanie okazało się jednym z fajniejszych momentów naszego wypadu, któremu towarzyszyło dużo śmiechu…ciekawe jest to że nikomu w okolicy nie przeszkadzało ze nieznana grupa studentów przesiaduje pod ich chatkami…może dlatego ze wszyscy pochowali się już głęboko w swoich domach ale pewniej dlatego ze tutaj w Norwegii po prostu jest inna mentalność.

Już w czwartek przylatują do nas Grzesiek i Waco…w tym miejscu życzę im miłej podroży.

R

Reklamy

One thought on “Cabin in the middle of wet lands.

  1. Raf! Co do pobierania wody – jeżeli w Skandynawii z jakiegoś miejsca da się pobrać wodę, to muszą tam być i ryby!!! Zatem i w tamtym strumieniu z pewnością pstrągi były! 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s