Najpiękniejsze miejsce jakie widziałem?

Od pierwszych lekcji geografii, na których uczyliśmy się różnych rodzajów wybrzeża, bardzo chciałem na własne oczy przekonać się co niezwykłego jest w wybrzeżu fiordowym, dlatego gdy tylko dowiedziałem się o wycieczce organizowanej przez ICoT (International Club of Trondheim) widziałem ze muszę na nią pojechać. Jednak o włos nie udałoby mi się nawet na nią zapisać. Rejestracja była w jedną z wrześniowych niedziel o godzinie 18.00, a ja w tym czasie byłem na wycieczce „kabinowej” opisanej w jednej z poprzednich wpisów. Całą sytuację uratował nasz kolega z Czech Ondrej Chlup, który to sprawnie wpisał mnie na listę chętnych. Okazało się niestety, że zbyt mało sprawnie, ponieważ znalazłem się na „liście rezerwowej” . Pierwsza pozycja jednak dawała duże szanse na sukces. Tak też się stało i dlatego ostatnio weekend spędziłem nad jednym z dwóch wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO fiordzie o nazwie: Geiranger.

Pobudka w sobotę o 6.30, śniadanie, pakowanie, szybka jazda rowerem po zupełnie pustych ulicach (w sobotę Trondheim śpi) do drugiego miasteczka studenckiego, gdzie czekały już dwa autokary. Pierwszy dzień upłynął praktycznie w całości na dojeździe do miasta (a raczej wioski) Geiranger. Po drodze mieliśmy kilka przystanków w miejscach wartych uwiecznienia na fotografiach. Około godziny 17.00 dojechaliśmy na miejsce, nagrodą za długą podroż był piękny widok na fiord w promieniach słońca, które wyszło zza chmur kilka chwil wcześniej. Krótka przerwa na zdjęcia i ruszamy na nasz camping. Tam czekały już na nas domki, w których znaleźliśmy ciepłe wyrka, prysznic i TV 😀 jednak na oglądanie norweskiej telewizji nie było czasu bo już po 15 minutach od przyjazdu rozpalony został grill. Następną godzinę spędziliśmy na pałaszowaniu kiełbasek ( i innych ciekawych, indyjskich potraw) i zapijaniu darmowymi napojami zapewnionymi przez organizatorów. Dalszą cześć wieczoru spędziliśmy z Ondrejem na planowaniu wycieczki, a następnie grze w karty z organizatorami. W nagrodę za druzgocącą porażkę otrzymałem chusteczkę…z moim imieniem i nazwiskiem w 4 różnych językach.Dodatkowo każdy z uczestników spotkania (a było nas 7) zaśpiewał piosenkę w swoim języku…plusem było to że co by się nie zaśpiewało to i tak szanse na zrozumienie były bardzo nikłe. Po mile spędzonym wieczorze wróciliśmy do swojej cabiny.

Pobudka o 7.00, szybka herbata, ostatnie przepakowanie i o 8.00 wyruszyliśmy na szlak. Dwóch Niemców, Czech i Polak. Tempo od początku starałem się narzucić dość mocne, ponieważ moim celem był szczyt „wiszący” nad fiordem na wysokości 1502 m n.p.m. Niby nic takiego, ale trzeba nadmienić że startuje się niemal z poziomu morza. Po 1h marszu dotarliśmy do pierwszego punktu widokowego. Mimo że trafiliśmy tam przypadkiem i musieliśmy nadrobić trochę drogi, było warto. Krajobraz był naprawdę nieziemski. Po chwili ruszyliśmy dalej. Nie patrząc zbytnio na zostających w tyle kompanów szybkim krokiem szedłem w górę wiedząc ze pogoda w każdym momencie może się pogorszyć. Na szlaku mijaliśmy raz po raz ludzi jednak wszyscy byli uczestnikami naszej wycieczki. Poza tym spotkaliśmy dużo owiec, jakieś ptaki i…trzy lamy (!?). Ścieżka początkowo szła dość łagodnie przez las, z licznymi wodospadami, następnie ostro w górę  po dość błotnistym podłożu.  W tym momencie dużo ludzi z racji obuwia totalnie nieprzystosowanego do trekkingu rezygnowała z dalszego wspinania, znajdowała sobie wygodnie miejsce i wcinała drugie śniadanko. Mnie to jednak nie zadawalało, ponieważ widok na góry był piękny, ale moim celem było co innego: góry + fiord, a z miejsca w którym w tym momencie byliśmy widziałem (a właściwie czułem) jedynie wodę w moich butach. Ruszyłem dalej, i w tym momencie byłem jedyną osobą na szlaku, który zmienił się w kamienistą, dobrze oznakowaną ścieżkę. Widziałem, że chmury się zbliżają, a szczyt jest coraz bliżej, więc moja szybka wspinaczka zmieniła się w dość niebezpieczny na tym terenie trucht. Jednak pod wpływem napięcia jakie czułem postanowiłem podjąć to ryzyko mimo, że kilkakrotnie myślałem o zawróceniu. Jednak łatwość kolejnych pokonywanych metrów aż zachęcała do dalszej wspinaczki.  O godzinie 12.30 byłem na szczycie, i gdy tylko się tam znalazłem wiedziałem, że zrezygnowanie byłoby jedną z gorszych decyzji w moim życiu. Widok był obłędny i na pewno zostanie na długo (a może nawet na zawsze) w mojej głowie. Następne 20 min spędziłem na cykaniu zdjęć i afirmacji otaczającej mnie przyrody. W tym momencie wypatrzyłem również Ondreja, który dzielnie maszerował z naszym plecakiem. Jego zdanie na temat widoków było takie samo jak moje: „ Amazing” ( http://www.youtube.com/watch?v=OyaBwblGMSg –> nagranie ze szczytu) . O godzinie 13.00 rozpoczęliśmy zejście. Nie trwało ono długo, ale było dość meczące, przy przerwach widziałem jak drgają moje uda, używane przez poprzednią godzinę jako hamulec, a że ścieżka była stroma wyzwanie dla nich było spore. W tym momencie jednak przydał się mój trening rowerowy od początku semestru.

Ostatnim punktem pobytu w Geiranger był wodospad, a właściwie ścieżka wiodąca za wodospadem. Również ciekawe przeżycie, w szczególności gdy próbuje się nadążyć wzrokiem za spadającą wodą. Po krótkim odpoczynku przy wodospadzie zeszliśmy z powrotem do campingu. Ja jeszcze zrobiłem sobie małą przerwę na opalanie na dachu jednej z kabin i byłem gotowy do drogi powrotnej.

O 18.30 wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy w stronę Trondheim. Po drodze zatrzymaliśmy się w restauracji, w której czekał na nas ciepły posiłek, deser i piwko. Miły akcent na zakończenie jakże udanego dnia i całej wycieczki. Dalszą drogę przespałem….

Kilka słów o samych organizatorach wyprawy. Trzon ICoTu tworzy trzech hindusów i chińczyk (szefostwo). Jest to grupa doktorantów, którzy bawią się w organizowanie tanich wycieczek w różne miejsca Norwegii i Trondheim i trzeba przyznać, że całkiem nieźle im to wchodzi. Dodatkowo są niesamowicie mili. Podczas wyprawy wielokrotnie byłem zapraszany do wspólnego spożycia wegetariańskich potraw czy też do udziału w grach, dyskusjach czy pieszych wycieczkach, a wszystko to przez ludzi, których poznałem kilka godzin wcześniej. Najliczniejszą grupę podczas całej wyprawy stanowili…Nepalczycy 😀 dużo było również Pakistańczyków, Singapurczyków, Irakijczyków itd. Ludzi z krajów, których nie podejrzewałbym o duża liczbę uniwersytetów…a tu nagle Nepal wygrywa z Polska 44:1 w liczbie uczestników wycieczki. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć ze bardzo dobrze czułem się w tym międzynarodowym, ale przede wszystkim, azjatyckim towarzystwie.  Podczas drogi powrotnej siedziałem razem  z chłopakiem z Singapuru, który mówił po chińsku jednak powiedział, że w domu z rodzicami porozumiewa się po angielsku…jednak nie jest to normalny angielski, a jak to oni mówią: „Singlish” czyli angielski ze słowami (a właściwie dźwiękami) wyrażającymi emocje… o co chodzi? Singapurczycy mówia szybko, dodatkowo skracając zdania, w zamian dodają dźwięki które wyrażają emocje. Ciekawe, ale przez to z rozmowy mojego nowego kolegi z rówieśnikami potrafiłem zrozumieć kilka słów.

Podsumowując, samemu czy z ICoTem, fiord Geiranger to coś kto każdy powinien zobaczyć , aby podziwiać piękne widoki ale i poczuć jacy tak na prawdę jesteśmy mali.

R

Reklamy

4 thoughts on “Najpiękniejsze miejsce jakie widziałem?

  1. Artur Mydlarz pisze:

    brakowało mi tego śmiechu co jest na filmiku %-)

  2. naszenidaros pisze:

    Heheh „ten” śmiech to mój znak rozpoznawczy chyba od podstawówki. Coś w nim jest:D

  3. Kasia Sysło pisze:

    Przez Ciebie pożera mnie zazdrość, mogę sobie jedynie wyobrazić jak tam jest pięknie!! Wielkie pozdrowienia dla obu Panów 😉

  4. W życiu piękne są tylko chwile….:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s