Projekt: “Najwyższa góra Norwegii” (relacja)

Ci, którzy znają mnie trochę lepiej wiedzą, że nie od dziś ciągnie mnie w góry, te wysokie, a mam nadzieje, że w przyszłości jeszcze wyższe. W górach jest coś magicznego, spokój, cisza, a zarazem niesamowita potęga i przestrzeń. Co więcej góry zmuszają do wysiłku, do walki z samym sobą wystawiając na ciężką próbę siły fizyczne, ale przede wszystkim nasz charakter. Z drugiej strony dają niesamowitą satysfakcję, gdy się je pokona. Mimo, iż wielkie i groźne są po prostu piękne.

Projekt: Najwyższy góra Norwegii.

Relacja: Raf

Komentarze: Kuba

Planowanie naszej wyprawy rozpoczęliśmy w środkowe popołudnie. To wtedy zazwyczaj pada kluczowe pytanie: „Co robimy z najbliższym weekendem?”. Na spędzenie tego sobotnio niedzielnego czas relaksu i wypoczynku tym razem mieliśmy dwa pomysły. Wypad do kabiny (w końcu jak na razie byliśmy tylko w jednej, a NTNUi oferuje około 30 różnych, w przeróżnej okolicy), lub atak na najwyższą górę Norwegii i całej Skandynawii, niemalże przez cały rok pokryty śniegiem, mierzący 2469 m n.p.m. szczyt Galdhøpiggen. Góra ta była wśród moich celów wycieczkowych od samego początku pobytu w Trodnheim. Oczywiście od początku również mieliśmy wiele dylematów: jak tam dojedziemy? Bo przecież to tak daleko. Co z pogodą? Przecież już jest późno i na pewno jest tam już bardzo zimno i dużo śniegu (ludzie w koło mówili: „uhuhu macie rakiety śnieżne?”) Co ze sprzętem? Przecież prawie nic tutaj nie mamy. A kto z nami pojedzie? A przecież powinniśmy się uczyć…przecież mamy tylko piątek i wtorek wolny i na pewno się nie wyrobimy:/. Pewnie jakbyśmy się nad tym wszystkim jeszcze dłużej zastanawiali to ostatecznie spędzilibyśmy weekend na oglądaniu seriali graniu w ping ponga lub czytaniu książki. Jednak po sprawdzeniu prognozy pogody, która zapowiadała się bardzo optymistycznie i po przeanalizowaniu swojego doświadczenia w zimowych warunkach w górach, uznaliśmy, że „Jedziemy!!!”. Jest to magiczne słowo, które chcąc nie chcą kończy wszelkie bezsensowne rozważania, a rozpoczyna przygotowania do wyprawy.

Pierwszą sprawą była drużyna. Szukaliśmy 2/3 dodatkowych osób, ponieważ mieliśmy w planach wynajęcie samochodu (najszybszy, najtańszy i najbardziej komfortowy sposób dotarcia w góry oddalone od Trodheim o około 300km). Najbliżsi znajomi tym razem jakoś nie byli zainteresowani, możliwe, że poprzednie wojaże znacznie uszczupliły ich wycieczkowe budżety, lub też potrzebowali w końcu jakiegoś weekendu na odpoczynek. W tej sytuacji na ratunek przyszedł nam Facebook :D. Zamieściliśmy ogłoszenia na różnych grupach studenckich i już po paru godzinach mieliśmy trójkę chętnych do uzupełnienia naszej ekipy. Jak się okazało ekipy bardzo udanej, a składającej się z:

1)      Raf– główny organizator, nawigator, przewodnik w górach odpowiedzialny za trasę, mapy i zakwaterowanie,

2)      Kuba-pomysłodawca i organizator, kierowca zajmujący się wszystkim co związane z samochodem,

3)      Jorge– Hiszpan, o wyższym poziomie lenistwa niż typowy Polak jednak normalnym dla typowego Hiszpana, posiadacz kamery HD Pro 2 dzięki której będziemy mieli sporo ciekawych nagrań z tej wyprawy,

4)      Jitka– Czeszka, która pomimo kilku kryzysów na trasie nie dawała po sobie tego poznać i dzielnie kroczyła na sam szczyt,

5)      Frank– niewielkich rozmiarów, bystry, Francuz, ubrany w czapkę prosto z Peru, który spędził ostatni rok w Malezji na charytatywnej opiece nad dziećmi z trudnych rodzin. Obdarzył nas wieloma ciekawymi historiami i śmiesznymi komentarzami do różnych sytuacji.

Braki w sprzęcie przydatnym do takich wycieczek tym razem staraliśmy się obrócić na plus, bo przecież, komu by się chciało nosić te wszystkie, raki, czekany specjalne obuwie skoro można sobie wyskoczyć na minus 10 st. i dwa i pół tysiąca metrów w cienkiej kurtce, sweterku i półbutach *. Odmrożeń, większych uszkodzeń ciała, a nawet pogorszonego komfortu maszerowania nie odnotowano.

Po skompletowaniu drużyny Kuba zajął się organizacją samochodu dla 5 osób. Ostatecznie padło na srebrną Toyotę Avensis combi, niestety w benzynie, z niezbyt dużym 1,6 litrowym silnikiem. Ostatecznie jednak, zapewne dzięki 6-biegowej skrzyni oraz rygorystycznym ograniczeniom prędkości (120 km/h to maksimum jakie Kuba widział na liczniku) udało się osiągnąć średnie spalanie na poziomie 6l/100km, co sprawiło, że samochód dobrze sprawdził się w trudnych górskich warunkach. Ja natomiast wziąłem się za poszukiwanie noclegu. Niestety po kilkunastu telefonach musiałem się poddać. Hotele/kabiny/campingi w okolicy góry były albo: zamknięte(z racji końca sezonu letniego), albo pełne (z racji rozpoczęcia sezonu narciarskiego), albo bardzo drogie (bo ze śniadaniem i innymi wygodami). Ostatnią szansą był dla nas camping polecony mi przez kolegę z Niemiec, który atakował Galdhøpiggen dwa tygodnie wcześniej. Jednak w czwartek nie mogłem się tam dodzwonić. Na szczęście udało się w piątek przed samym wyjazdem, wiec nocleg na pierwszy dzień chyba był…chyba, bo rozmowa po angielsku z około 75 letnim panem nie należy do najłatwiejszy. Jednak dziwne pomruki z drugiej strony linii uznałem za ”tak mamy wolne miejsca na dzisiaj”.  Na wszelki wypadek zabraliśmy namiot i parę karimat, wiec w ostateczności mogliśmy spędzić noc na świeżym powietrzu.

W piątek, w okolicy godziny 11.00, po zebraniu członków ekipy i małych zakupach jedzenia na najbliższe dni ruszyliśmy w drogę dobrze znaną mi już szosą E6 (główny szlak komunikacyjny Norwegii, prowadzący z Narwiku przez Trodheim do Oslo), która swoją szerokością bardziej od autostrady przypomina polską drogę powiatową i można by było nawet się pomylić gdyby nie idealnie równa nawierzchnia i piękne widoki dookoła. Z racji, że kilometry uciekały dość sprawnie, a godzina była wciąż młoda zaproponowałem posiłek na jednym z punktów widokowych, który kilka tygodni wcześniej odwiedziłem z Grześkiem. Niestety prognoza pogody na piątek zupełnie się nie sprawdziła, co niezbyt dobrze rokowało na sobotę, i Snohytta po raz kolejny schowana była za chmurami. Jednak mimo to przystanek bardzo się przydał. Zjedliśmy, posiedzieliśmy przy ogniu w drewnianej kabinie z „widokiem” na góry i ruszyliśmy dalej. Około godziny 17.00, bez większych problemów dotarliśmy do zarezerwowanej kabiny, która okazała się ciepłym drewnianym domkiem, z prysznicem i WiFi… Idealnie na wypoczynek przed nadchodzącą wyprawą. Niestety niebo było nadal zakryte chmurami…

Sobota, pobudka 5.00, szybkie spojrzenie za okno…jeszcze ciemno, nadal widać jedynie chmury, szybkie sprawdzenie prognozy pogody…całą noc miało być czyste niebo „No super:/!”. Nie pozostało nam nic innego jak z nadzieją na poprawę przyszykować się do wędrówki. Śniadanie, pakowanie i w drogę! Bo do podnóża góry jeszcze 50 kilometrów. Na szlak wyszliśmy o godzinie 8.15. Okolica była zachmurzona, jednak ja ciągle liczyłem na przejaśnienie, bo za cienkimi chmurami widać było Słońce co momentami stwarzało bardzo ciekawe efekty (patrz „Słoneczny wodposad”). Po 1.5h marszu w końcu się doczekaliśmy! W pewnym momencie chmury jakby się rozstąpiły i przywitało nas piękne Słońce, które miało zostać z nami do końca dnia!!!

Piękna pogoda połączona z bardzo dobrą widocznością na otaczające nas szczyty, zachęcała wszystkich do dalszego marszu w górę. Śniegu było sporo. Na szczęście był to śnieg zmrożony, który na moje oko zalegał już od paru dobrych dni wiec nie było raczej problemu z zapadaniem, czy osuwaniem w dół. Po 4.5 godzinach, mijając imponujące urwiska i punkty widokowe, dotarliśmy na szczyt skąpany w promieniach zimowego Słońca. Przez następne 30 min podziwialiśmy, widoki, robiliśmy zdjęcia i jedliśmy drugie śniadanie zadowoleni z tego co udało nam się zrobić. Subiektywnie** oceniam trasę na łatwą. Nie było ani za dużo stromizn, było ciepło, śnieg był twardy wiec szło się po nim gładko. Poza tym, mimo iż szliśmy tego dnia jako pierwsi, mieliśmy wydeptaną ścieżkę. Mieliśmy szczęście, bo szczerze mówiąc nie potrafię sobie wyobrazić lepszych i łatwiejszych warunków do trekkingu w zimowych warunkach. Po 30 minutach doszły do nas inne ekipy, które również wykorzystały piękną pogodę. Zejście ze szczytu trwało kolejne 3h. Na dole, po meczącej wędrówce postanowiliśmy wrócić do sprawdzonej kabiny. Po raz kolejny przeprowadziłem nie do końca zrozumiałą rozmowę z właścicielem campingu, ale i tym razem się udało.

Drugiego dnia wstaliśmy trochę później, bo około godziny 8.00. Przywitał nas śnieg!!! Planem na niedzielę był mały trekking z widokiem na piękne jezioro polodowcowe, jednak jazda samochodem w zimowych warunkach zweryfikowała nasze plany. Na wysokość 1000m n.p.m na drodze było około 10 cm śniegu i ciągle sypało. Widoczność ze względu na jednolitą warstwę białego puchu, pokrywającego drogę nie należała do najbardziej komfortowych. Szczęście, że wypożyczalnia samochodów (zapewne z doświadczenia) wyposaża swoją flotę w zimowe opony, bez tego stanęlibyśmy na pierwszym podjeździe lub wylądowali w rowie, jak samochód jakiegoś nieszczęśnika który zdarzyło nam się minąć tego dnia. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy zrezygnować ze spaceru, zatrzymaliśmy się na poboczu koło innego jeziora, wyjęliśmy ślizgawki z bagażnika i rozpoczęliśmy zabawę na śniegu!:D [http://www.youtube.com/watch?v=2KDO4QKaox8&list=UU1k8dt0AxLrxpdAvJTqRosg&index=1&feature=plcp] Po godzinnym przystanku ruszyliśmy w drogę powrotną, podczas której spotkaliśmy… 3 łosie (!!!). Niestety stało się to tak niespodziewanie, iż nie udało nam się nagrać filmu o znośnej jakości, tudzież zrobić zdjęć. W nadmorskim Trondheim przywitało nas słońce i ciepłe 7 stopni Celsjusza.

Podsumowując wypad… Towarzystwo niezwykle udane, sądzimy, że nie była to nasza ostatnia wspólna wyprawa. Pomysł z wynajmem samochodu trafiony w 100%: komfort i wolność wyboru godzin odjazdu w bardzo przystępnej jak na Norwegię cenie (nieco ponad 600zł za duży samochód z 40tys przebiegu na 3 dni, ok. 420zł za paliwo na przejechanie prawie 800km i wszystko dzielone na 5 osób), nocleg w komfortowych warunkach za niecałe 80zł od osoby (2 izby, telewizor, lodówka, aneks kuchenny, wifi), dodatkowo super pogoda, niesamowite widoki i najwyższy (dla niektórych, np. Kuby) odwiedzony punkt na Ziemi. Czego chcieć więcej od weekendu?

Na razie na najbliższy nic nie planujemy….ale kto wie? Może w środę znowu padnie pytanie: „To co robimy z tym weekendem?”, a wtedy już nie wiadomo co wpadnie nam do głowy.

R

*Pierwsze co zrobię po powrocie do domu to spale je na stosie… Buty kupione za niemałe pieniądze nie nadają się do niczego. Nawet po chleb boję się w nich wyjść. Przemakają niemalże od razu, robią się w nich dziury, sznurówki rozplątują się co 10m. Firma Hannach, nie wiem co Suchy w niej widzisz, ale ja mówię jej „Nigdy więcej!” (ulubione zdanie Jorgego podczas wspinaczki na szczyt).

** Trudniej niż wycieczki na rajdzie czy wejście na Śnieżkę, ale łatwiej niż wędrówki po stronnych stokach Tatr Wysokich przy silnym wietrze.

 

 

Reklamy

2 thoughts on “Projekt: “Najwyższa góra Norwegii” (relacja)

  1. suchodolski pisze:

    a jakieś imprezy? laski? kluby? alkohol?

  2. Gratuluje!!! Jestem pełen podziwu dla Twoich wycieczek!!Powodzenia w zdobywaniu następnych szczytów!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s