Ostatni erasmusowy ‚Voyage’

Stało się! Pojechaliśmy i wróciliśmy 😀 I nawet wpis robię, szybko, gdyż z dnia na dzień co raz mniej zostanie w pamięci 😉 A więc bez zbędnych ceregieli…

Skład i podział obowiązków:

Kuba – samochód, noclegi, plan podróży, kierowca, inicjator
Monika – atrakcje po drodze i na miejscu, tłumacz w sytuacjach ostatecznych
Sabina – pożywienie
Julia – pilot, bard

Jak można zauważyć skład typowo Polski. Nie mogę oczywiście pominąć kompanów z drugiego samochodu, również Polaków, Iwony, Piotrka, Roberta oraz Teresy. Część drogi przejechaliśmy wspólnie oraz spędziliśmy razem jeden wieczór i noc – w Geiranger.

Dzień 1, 3.05 Piątek
Wyruszyliśmy z Trondheim planowo, po wspólnej kawce i zapoznaniu z przyjezdną częścią ekipy (drugi samochód) około 10:30. Skierowaliśmy się na południe dobrze znaną wszystkim wtajemniczonym drogą E6 lecz już po kilkunastu minutach odbiliśmy na zachód w kierunku Orkanger. Kontynuowaliśmy jazdę drogą E39, która przez większość czasu malowniczo wiła się wzdłuż fiordu, dochodząc ostatecznie do pierwszego tego dnia promu. Samochód z 4 osobami na pokładzie to koszt ok. 200NOK. Podróż nie trwała długo, po 20 minutach już zjeżdżaliśmy z promu kierując się drogą nr 70 na północ do Kristiansund. Zaraz za miastem zaczyna się dorga nr 64, biegnąca na południowy zachód wzdłuż wybrzeża Morza Norweskiego, zawierająca w sobie najciekawszy punkt pierwszego dnia – Atlantic Road. Ten fragment podróży zaczął się dość spektakularnie, przejazdem przez sporej długości tunel przebiegający pod wspomnianym morzem z dość ostrym spadem i wsniosem. Zaraz po wyjeździe z tunelu natykamy się na bramki, w których uiszczamy opłatę za wjazd na Atlantic Road – po raz kolejny ok. 200NOK. Po kilkunastu minutach wjeżdżamy na upragnioną słynną drogę (między Karvag a Vevang na mapce poniżej). Sama droga ma nieco ponad 8km długości i składa się z imponujących rozmachem i kształtem mostów oraz nasypów drogowych, stowrzonych w tak nieprzystępnym środowisku jak archipelag bardzo rozdrobnionych wysepek. Jedną ze słynnych atrakcji, której niestety nie dane było nam poznać, jest przejazd przez Atlantic Road podczas sztormu, kiedy to potężne bałwany przelewają się przez drogę i jadące przez nią samochody! Pogoda nie była idealna, było pochmurno ale też nie padało. Udało się nam zrobić kilka przystanków na podziwianie widoków oraz drugie śniadanie. Po zjeździe z właściwego odcinka Atlantic Road skierowaliśmy się w kierunku Bud – spektakulatnie wysuniętej w morze osady z niesamowitym widokiem rozciągającym się w 3 strony świata. I co najważniejsze – zaświeciło Słońce! Tym samym mogliśmy podziwiać niesamowitą kreatywność procesów geologicznych oraz działalności niszczącej wody. Po tym elektryzującym doświadczeniu rozstaliśmy się z drugim samochodem, aby ponownie spotkać się nazajutrz w Geiranger. Skierowaliśmy się do Molde, nadmorskiego miasteczka, z którego odpływał nasz kolejny prom. Zdecydowaliśmy się zobaczyć centrum miasta, co było błędem z 2 powodów: oberwania chmury oraz braku interesujących miejsc. Na domiar złego przegapiliśmy nasz promo (dosłownie) sekundy, skończyło się zatem na kolejnych 40 minutach spędzonych w samochodzie przy wjeździe na prom. Godzina była późna, prom odpływał o 20:30 a nas czekała jeszcze godzina drogi do miejsca pierwszego noclegu – hostelu w Alesund. Humory nas jednak nie opuszczały, a czas umilały dyskusje na wiele kontrowersyjnych tematów 😉 Po dotarciu na kwaterę czekała na nas miła niespodzianka – dziewczyna z recepcji była Polką. Dostaliśmy zatem lepszy (bo prywatny) pokój oraz mnóstwo informacji o mieście i możliwościach kontynuowania podróży dnia następnego. Po szybkiej kolacji (kuchnie zamykano ze względu na potencjalną aktywację alarmu pożarowego o 23:00) stwierdziliśmy, że musimy zobaczyć miasto nocą. Zabraliśmy zatem napoje i gitarę i ruszyliśmy do doków. Po tym jak dałem sie odwieźć od pomysłu abordażu na sporych rozmiarów kuter rybacki zdobyliśmy drewniane palety i zrobiliśmy sobie piknik z graniem pod pobliskim magazynem. Po powrocie w okolicach godziny 2:00 czekał nas krótki sen, jako że kolejny dzień zapowiadał się nie mniej interesująco.

Dzień 2, 4.05 Sobota
Dzień należy zaczynać od pożywnego śniadanka. Wyobraźcie sobie nasze zdziwnienie, gdy odkryliśmy, że najtańsza opcja noclegu ze śniadaniem takie właśnie zawiera! Było bardziej hotelowo niż hostelowo. Nie będę się rozwodził bo to nie jest blog o jedzeniu 😛 powiem tylko tyle: będąc w Norwegii dopiero po raz drugi (pierwszy raz był właśnie w hotelu) miałem tak wspaniały i duży wybór na śniadanie. Pokrzepieni poranną strawą ruszyliśmy na znajdujący się nieopodal punkt widokowy. Pogoda nas nie rozpieszczała ale nie było deszczu a podczas wspinaczki zawsze jest ciepło. Po zrobieniu odpowiedniej ilości zdjęć zjechaliśmy do centrum aby podziwiać nabrzeże portowe oraz architekturę tego miasta. Zrobiliśmy również zakupy na resztę dnia i udaliśmy się w kierunku miasta Stryn – punktu wypadowego pod lodowiec Kjenndalsbreen. Należy tutaj zaznaczyć, że ten dzień miał bardzo precyzyjnie określony rozkład czasowy, gdyż mieliśmy zakupiony bilet na prom z Hellesylt do Geiranger na godzinę 18.30, a był to ostatni prom tego dnia i jedyna w zasięgu droga przed nastaniem nocy (niektóre wciąż są zamknięte z powodu utrzymującego się w górach śniegu). Ruszyliśmy zatem wartko w kierunku Stryn, podziwiając po drodze Geirangerfjord z biegnącej ponad nim drogi nr 60. Do Stryn dojechaliśmy planowo, jednak ze względu na sobotę informacja turystyczna była zamknięta. Upewniliśmy się zatem na stacji benzynowej, że droga na lodowiec jest otwarta i ruszyliśmy w jej stronę. Okazała się ona być jednopasmową, bardzo krętą trasą, ograniczonej z jednej strony pionową skałą a z drugiej sporej wysokości skarpą i kilkoma głazami zabezpieczającymi przed wypadnięciem z drogi. Jak już wspominałem nie było czasu do stracenia, obudziłem więc w sobie Roberta Kubicę i (dodam, że z niesamowitą frajdą!) zaczęlśmy pokonywać wąskie zakręty. Droga musiała zostać otwarta bardzo niedawno, gdyż byliśmy jedynymi tego dnia na trasie, co sprzyjało spełnieniem wyśrubowanych norm czasowych. Mimo tego, jak również z powodu, iż droga w części okazała się szutrowo-skalista, po dojechaniu do ostatniego parkingu ruszyliśmy biegem w stronę lodowca, aby podziwiać niebieskie fragmenty lodu z najbliższej możliwej odległości. Niestety czas nie stał w miejscu a my mieliśmy jeszcze prom do złapania! Z nieukrywanym żalem zmusiłem ekipę do powrotu do samochodu i udaliśmy się w drogę powrotną. Po wyjechaniu z między skał i złapaniu sygnału przez GPS przeszedł mnie dreszcz strachu… wyliczony czas przejazdu dawał nam jedynie 8 minut zapasu nad czasem odpłynięcia promu… Nie byłem w stanie nic na to poradzić, ruszyliśmy więc w drogę powrotną z nadzieją, że uda się nadrobić kilka minut. Tak się też stało. Przybyliśmy w samą porę i zaczęliśmy najdłuższy rejs promem podczas naszej wyprawy. Sama jednostka pływająca była – ku naszemu zdumieniu – niewielka, być może wymóg niskiego sezonu. Wszelkie udogodnienia, jak na Norwegię przystało, jednak były: ogrzewana kabina z widokiem przez duże okna, bar, taras widokowy. Niestety pogoda tego popołudnia była zdecydowanie najgorsza podczas całej wycieczki. Zerwał się niesamowity wiatr oraz deszcz, poza kilkoma zdjęciami na tarasie spędziliśmy ponad godzinną podróż pod dachem. Aura nie sprzyjała również spektakularnym widokom. Dodając do tego wciąż nieczynny (zamarznięty) Wodospad 7 Sióstr – największą atrakcję Geirangerfjord- rejs ten odbiegał znacząco od naszych oczekiwań. Musieliśmy oddać hołd naturze stwierdzając jednoznacznie – w tym regionie o tej porze roku wciąż panuje zima! Potwierdził to również gospodarz naszego kampingu, z przeprosinami oferując nam 3 mniejsze domki zamiast 2 większych z powodu wciąż zamarzniętych rur z wodą! Wieczór zakończyliśmy standardową kampingową kolacją – makaronem z sosem, oraz biesiadą w towarzystwie znajomych z drugiego samochodu, którzy dotarli na miejsce przed nami jadąc od strony drogi północnej. Mimo, że pogoda nie była idealna – z naszych domków rozciągał się wspaniały widok na góry oraz sam fiord, ciesząc nasze oczy i w 100% zaspokajając nasze oczekiwania.

Dzień 3, 5.05 Niedziela
Dzień w którym pozwoliliśmy sobie (szczególnie ja) dłużej pospać, głownie ze względu na długą trasę powrotną tego dnia oraz fakt braku chętnych na większą górską wyprawę. Wstawanie, śniadanie, oraz pakowanie zajęło nam większość przedpołudnia. Zdecydowaliśmy się na podjechanie w kierunku zamkniętej drogi, aby zobaczyć czy uda nam się przejechać chociaż kawałek. Niestety była zablokowana na bardzo wczesnym etapie. Pozostały nam zatem malowniczo usytuowane punkty widokowe wzdłuż głownej drogi oraz krótki górski spacer po skałkach do nieco wyżej położonego punktu widokowego. Ku naszej radości zaświeciło Słońce! Dzień był naprawdę bardzo ciepły i przyjemny, zatem na szlak wybraliśmy się bardzo lekko ubrani. Sam punkt widokowy, mimo iż położony dużo niżej od otaczających szczytów, w połączeniu z promieniami południowego Słońca oraz usytuowaniem na skraju przepaści całkowicie nas usatysfakcjonował. Po zejściu oraz zjechaniu do głównej części miasteczka zjedliśmy szybki lunch w okolicach muzeum historii fiordu oraz skierowaliśmy się na północ z zamiarem powrotu do Trondheim. Czekał nas jeszcze jeden ciekawy punkt tego dnia, fragment drogi powrotnej zwany Eagle Road, z wieloma serpentynami i szczytowym punktem widokowym z przepięknym widokiem na dalszą część fiordu oraz wspomniany wcześniej wodospad 7 sióstr. Po małej sesji zdjęciowej rozpoczęliśmy powrót, oddalając się od Geirangerfjord w kierunku północnym. Niewiele później czekał nas ostatni prom tej wyprawy, jako że zdecydowaliśmy się wracać inną drogą – przez sam środek kraju główną trasą samochodową E6. Mimo, iż byliśmy na taką ewentualność przygotowani zawiódł nas fakt, iż słynna Droga Trolli (samochodowy szlak górski, jedna z największych atrakcji turystycznych regionu) była wciąz zamknięta po zimie. Zmuszeni byliśmy zatem okrążyć górę zamiast przejechać przez jej środek. Szkoda. Następnym razem 🙂 Po około 6 godzinach podróży dotarliśmy zadowoleni i bez szkody do naszej studenckiej wioski Moholt w Trondheim.

Kilka słów podsumowania… Plan zrealizowaliśmy, udało nam się zobaczyć wszystko co chcieliśmy. Na pogodę nie mieliśmy wpływu, można jednak mieć wpływ na porę roku, w której planowałbyś się, Drogi Czytelniku, w podobną trasę wybrać. Na pewno dużym ułatwieniem byłoby otwarcie wszystkich dróg, z których nie mogliśmy skorzystać tym razem. Plusem na pewno był natomiast fakt, że nie było tłoczno. Sezon na podobne przygody w Norwegii dopiero się zaczyna, część campingów wciąż była zamknięta, da się jednak znaleźć noclegi, czy to wśród hostelów, campingów i pensjonatów, czy to – jak zrobili nasi znajomi – przez Couchsufring.

Subiektywnie podobny kierunek jak również region polecam, można dużo zobaczyć w 3 dni, a przejechanie – nawet z jednym kierowcą – 1100km – nie powinno sprawić trudności.

K

ZDJĘCIA PONIŻEJ 🙂

DZIEŃ 1 <-KLIKNIJ!
DZIEŃ 2 <-KLIKNIJ!
DZIEŃ 3 <-KLIKNIJ!

mountains...

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s