Pasta Norway

Pożegnania nadszedł czas. Na początek oczywiście chciałem podziękować Kubie. Że jakoś bez większych zgrzytów przebrnęliśmy przez te parę miesięcy razem. Nie obyło się oczywiście bez dyskusji, często burzliwych, do rękoczynów jednak nie doszło, a dyskusje zazwyczaj kończyły się czymś konstruktywnym (zazwyczaj, ale nie zawsze :P). Czasem to ja przyznawałem Kubie rację, czasem on mi. Zdarzało się, że obaj popełnialiśmy błędy, ale wtedy razem staraliśmy się je naprawiać. I mimo że czasami jeden albo drugi wręcz wykrzykiwał swoje racje ostatecznie kończyło się na uściśnięciu dłoni. Myślę ze Kuba trochę się ode mnie nauczył, a ja oczywiście od niego. Razem na pewno nauczyliśmy się dużo od Norwegii przez te ostatnie 4 miesiące….niby dużo a jednak zleciało bardzo szybko.

Wspólny obiad

Było inaczej niż się spodziewałem, co nie znaczy, że gorzej. Myślałem, że będzie dużo śniegu (i to tak od końca września),a nie było prawie w ogóle i jeździłem na rowerze przez cały semestr nawet przy -15 stopni Celsjusza. Myślałem ze będzie lekka sesja nie była (około miesiąca ostrej pracy). Myślałem (a właściwie Kuba myślał), że będzie codziennie (no, co najmniej raz w tygodniu) jadł świeżą rybę, ale z tego co wiem jego dorobek nadal wynosi jedna nie do końca wymiarowa ryba. Myślałem, że co drugi dzień będę jeździł na łyżwach, nie jeździłem ani razu. Myślałem, że będzie się dłużyc a zleciało jakby to był jeden tydzień. Szkoda tylko ludzi, bo niektórych dopiero, co poznałem, a są bardzo wartościowi. Na pewno po powrocie wielu z Was zada pytanie: „Dużo imprezowałeś?” Od razu odpowiem, że nie. Myślę, że ilość moich większych imprez można policzyć na palcach obu rąk (a może i jednej). Jakby chciał jakoś się bardziej bawić na pewno nie wybrałbym Trondheim, a raczej Valencie czy jakieś włoskie miasto. Nie żałuję, bo Trondheim pokazało mi to co w Norwegii najlepsze i to co tak naprawdę od początku chciałem poznać.

Parę rzeczy nie udało mi się zrobić z tego, co zaplanowałem. Bardzo mnie to nie martwi, bo jest to dobry powód żeby tu wrócić. Tylko kiedy? Tyle rzeczy jeszcze na tym świecie zostało do zobaczenia.

Kuba zostaje w Trondheim na kolejny semestr, może ktoś z was do niego dołączy wtedy na pewno Kuba będzie dobrym przewodnikiem. Na pewno możemy spodziewać się kolejnych wpisów. Mi blogowanie się spodobało….miło czasami wrócić do pierwszych wrażeń z kraju wikingów, wszystkich wycieczek, śmiesznych sytuacji i wielu przygód. Jak dziś pamiętam nasze pożegnanie z moją siostrą i szwagrem na lotnisku w Gdańsku, nasze zakupy w bezcłowym, lot i pierwsze kroki w słonecznej Norwegii, która zamiast śniegiem przywitała nas wysokimi temperaturami. Potem poznaną w autobusie Paulinę, która jak się okazało mieszkała na moim piętrze i często ratowała mnie w momentach skrajnej głodówki jakimś smacznym kąskiem (dzięki!). Potem byli chłopaki Waco i Grzesiek, a na koniec egzaminy, które mam nadzieje zdałem gładko. Teraz czas wracać do Polski, bo tam też zostało dużo do zrobienia. Najpierw Zielona Góra potem Kraków, w między czasie pewnie Poznań, a mam nadzieje ze i inny miasta europejskie, w końcu trochę ludzi tu poznałem. Ne pewno chciałby odwiedzić naszego znajomego w Austrii, może Francja, Holandię, Czechami też nie pogardzę. Europa stoi otworem.

Kto wie…może wrócę jeszcze do Trondheim. Spodobało mi się to miasto, ten styl życia i kultura i ludzie. Zobaczymy, może wrócę, a może postanowię poznać jakieś inne miasto, mniej europejskie:) W końcu tyle rzeczy jest do pomierzenia na tym świecie (i nie tylko…nie słyszałem żeby była osnowa podstawowa na Księżycu!).

Tak jak pisałem wyżej blogowanie mi się spodobało (tak dla siebie). Jeszcze tego z Kubą nie ustaliłem, ale może będę wrzucał jakieś wpisy. Może ktoś jeszcze do nas dołączy (Przemo!)? Może blog zmieni nazwę, formę itp.itd. „Czas pokaże”.
Aha! Jeszcze coś o tytule tego postu- „Pasta Norway”. Makaron (ang. pasta) był zdecydowanie najczęściej spożywanym przeze mnie posiłkiem w Trodnheim. Przybierał różne postacie. Było spaghetti mięsne (rarytas), makaron ze szpinakiem, makaron z tuńczykiem, makaron z żółtym serem i sosem pomidorowym lub samym sosem pomidorowym. Dzięki makaronowi miałem dużo siły a i wcześniejsze obawy o wychudzeniu można włożyć miedzy bajki, bo wręcz trochę mi się przez te węglowodany złożone przytyło. Tak czy inaczej ostatnie 4 miesiące było to dla mnie najdłuższy w życiu okres bez schabowego (trochę podratowany przez austriackiego kolegę, o którym wspomniałem w poprzednim poście) wiec pierwsze, co chcę zjeść w Polsce to właśnie ten przepyszny kotlecik w wykonaniu mojej mamy! Po drugie „pasta” kojarzy mi się ze słowem „past” czyli pasuje do obecnej sytuacji, bo w tym momencie mój Erasmusowy wyjazd do Norwegii odchodzi do przeszłości. Checked! Czas wracać.

Zachód słońca

W tym miejscu chciałbym jeszcze pozdrowić wszystkich moich znajomych studentów i z racji powoli zbliżających się  świąt i nowego roku życzyć im dużo sukcesów i pilnej nauki przed nadchodzącą sesją luty 2013 i przy pomnieć że własnie zaczynam wakacje!!! 😀

R

p.s. mam nadzieję, że Kuba coś nakreśli o egzaminach, bo tez były one bardzo ciekawe!

Reklamy

Sea Battle 2012

Gwoli przerwy w ciągłej nauce ostatnimi dniami postaram się zdać relację z tego bardzo ciekawego w swojej formie i istocie wydarzenia 😉 Może na początek kilka słów na temat samego eventu. Organizowany jest przez organizację zwaną ESN, międzynarodowe stowarzyszenie zrzeszające zagranicznych studentów w obcych krajach. W samym wydarzeniu biorą udział studenci z uczelni z większości krajów bałtyckich: Norwegia, Szwecja, Dania, Estonia, Łotwa i może więcej o których nie wiem 😉 Ale narodowości uczestników są strasznie różnorakie, jak już wspomniałem organizacja na czele eventu zrzesza międzynarodowych studentów… Osobiście dzieliłem kajutę z 3 Hiszpanami. Interesującą rzeczą jest również, iż na naszą uczelnię i miasto zostało przydzielone jedynie 75 miejsc…z ponad 2000. Więc konkurencja była znaczna ale znalazłem się wśród tych szczęśliwców, którzy szybko wypełnili kwestionariusz i otrzymali przydział. Najważniejsza rzecz! Byłbym zapomniał 😛 Dlaczego „Sea Battle”? Otóż całość…wycieczki właściwie, odbywa się na promie, który płynie ze Sztokholmu do Tallina i z powrotem, trwa to niecałe 3 dni, zaczyna się w poniedziałek po południu w Sztokholmie i kończy tamże w środę rano. W ciągu dnia we wtorek jest czas na zwiedzanie Tallina. A wieczorem i nocą – zabawa 🙂 Postanowiłem się wybrać 2 dni wcześniej, żeby zobaczyć trochę Sztokholmu jak już tam mam być, więc podzielę relację na kolejne dni.

Dzień I – sobota

Początek podróży o 7.50 rano, pociąg do Ostersund (Panie Rafie, bądź zaskoczony, nie zaspałem! 😀 ) gdzie oczekiwałem 6h na przesiadkę na pociąg do Sztokholmu. Nie najwygodniejsze z możliwych połączeń, ale na pewno najtańsze 🙂 Dodatkowo, dzięki rozsławionego już wśród nas – większych lub mniejszych podróżników – Couchsurfingu kilka godzin spędziłem w towarzystwie bardzo miłej Szwedki – Hanne, która sama niedawno przeprowadziła się do Ostersund ale i tak znała miasto lepiej ode mnie 🙂 Miasteczko nieduże, położone nad jeziorem , tym samym wietrzne, jak później podczas spaceru zdążyłem się przekonać. Po spotkaniu z Hanne miałem jeszcze 2 godziny czasu, pospacerowałem nieco w towarzystwie Hiszpańskich kolegów, którzy towarzyszyli mi w podróży od samego Trondheim, zakosztowałem lokalnej kuchni po czym udaliśmy się na pociąg, który zabrał nas prosto do Sztokholmu. Przybyliśmy tam ok 22.30. Kolejnym etapem było spotkanie z moim gospodarzem na nadchodzącą noc, kolegą kolegi, Czechem Pavlem, w klubie przy rockowym pomniejszym koncercie Live. Czas zleciał nam bardzo szybko, muzyka była głośna i dobra, poznałem również kolejnych znajomych, Australijkę Cassie, Czecha Ivo (i jak się później okazało mojego gospodarza na następną noc) oraz Niemca, którego imienia nie pamiętam. Mimo, iż opuściliśmy klub w okolicach godziny 2:00 dotarcie na kwaterę trwało do 4:00, gdyż Pavel mieszkał w miejscowości 60km pod Sztokholmem, Norrtalje. Nie było problemu z transportem, zakupiona bus-karta pozwalała na podróże w tej strefie.

Dzień II – niedziela

Pobudka nastąpiła dość wcześnie jak na niedzielę, gdyż Pavel miał coś do zrobienia na uczelni, w okolicach godziny 11 byliśmy już poza mieszkaniem, zrobiliśmy szybkie zakupy na śniadanie i wsiedliśmy do autobusu do Sztokholmu. Po godzinie jazdy byliśmy na miejscu. Po drodze zadzwoniłem do kolejnego ‚Couchsurfingowego’ przewodnika – Szweda Cristiana, z którym umówiłem się na centralnej stacji metra o godzinie 14:00. Dało mi to trochę czasu na zobaczenie słynnego, starego stadionu miasta Sztokholm, w całości postawionego z cegły. Po spotkaniu z przewodnikiem (i rozładowaniu się baterii w pożyczonym aparacie, cóż – bywa) ucieszyłem się widząc, że jest to bardzo konkretny człowiek. Postawił na bardzo interesujące i unikatowe miejsca dla miasta Sztokholmu. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie muzeum prezentujące wyłowiony praktycznie w nienaruszonym stanie 16-wieczny galeon: Vasa Museum. Polecam każdemu, który wybiera się do Sztokholmu! Zobaczyliśmy oczywiście również wyspę z Pałacem Królewskim i kilka ciekawszych pomniejszych uliczek, skrywających różne ciekawostki, jak np. najmniejszy pomnik w mieście. Po spacerze udałem się w przeciwną do poprzedniego wieczoru stroną miasta – na południe, aby dotrzeć do studenckiej kwatery nowo poznanego czeskiego kolegi – Ivo. Ten gospodarz okazał się o wiele bardziej rozmowny i skory do ugoszczenia mnie, dlatego też nie minęło dużo czasu, a wspólnie raczyliśmy się jednym z wyborowych polskich trunków. Dołączyła do nas również koleżanka z Australii – Cassie, która – jak się okazało – mieszkała jedynie 2 pokoje dalej niż kolega. Wieczór upłynął w bardzo przyjemnej atmosferze, w rytmach australijskiej (i polskiej 😛 )gitary.

Dzień III – poniedziałek

Dłuuuuuuuuuuuuuugie spanie, od tego zaczęliśmy ten dzień. No ale wieczorem czekała mnie wystawna kolacja wraz z pierwszą imprezą, więc musiałem nabrać sił. Czas szybko minął, ani się obejrzałem, a musiałem wychodzić celem stawienia się na promie w okolicach godziny 16:00. Dojechałem oczywiście metrem, na miejscu spotkałem kolejnych znajomych z Trondheim, i tak weszliśmy na pokład i po krótkim odświeżeniu się udaliśmy się na kolację, zawartą tego wieczora w cenie biletu. Kolacja była bardzo wykwintna i bogata, otwarty bufet obfitował we wszelkiego rodzaju dania główne, bar sałatkowy oraz ogromny wybór deserów. Do tego nieograniczona ilość białego lub czerwonego wina oraz piwa. Całość składała się na 2 godziny nieprzyzwoitego obżarstwa 🙂 Po rozgrzewającym posiłku dołączyliśmy do ogólnej zabawy, która dla jednych trwała krótko, dla innych dłużej. Osobiście zrezygnowałem z zabawy „do białego rana” na poczet porannej wycieczki z przewodnikiem po Tallinie, którą wcześniej tego samego dnia zakupiłem.

Dzień IV – wtorek

Kolejna, relatywnie wczesna pobudka w okolicach godziny 9:00 aby zdążyć na zbiórkę z przewodnikiem celem zwiedzania stolicy Estonii – Tallina. Jak się później okazało, niezbyt słusznie. Przewodnik nie był lokalny, zwiedzanie nie trwało długo, a informacje, które usłyszeliśmy bez problemów można by znaleźć na pierwszej lepszej stronie w internecie. I to za darmo… Na szczęście znajomość z jedną dziewczyną z Estonii w Trondheim – Tiiną, zaowocowała obraniem ciekawego kierunku z dala od starego miasta, które było raczej niewielkie i nieciekawe, mianowicie Technologicznego Muzeum Morskiego (Lennusadam). Niedawno otwarte muzeum, obfitujące w okazy technologicznych postrachów II wojny światowej, które nie tylko można oglądać ale również dotknąć czy zwiedzić! Jak zaprezentowane na zdjęciach wnętrze wielkiej łodzi podwodnej… Ciekawym pomysłem było również stworzenie w muzeum mnóstwa interaktywnych stanowisk doświadczalnych, wśród których znalazł się autentyczny karabin maszynowy z okresu II wojny światowej, przerobiony na symulator komputerowy z możliwością oddania serii strzałów do wroga! Wizytę w Tallinie zakończyliśmy biegiem na prom, gdyż pomyliliśmy, wraz z niemieckim kolegą z Trondheim – Sebastianem, drogę powrotną 🙂

Na promie oczekiwała nas kolejna porcja nocnej zabawy, tym razem o wiele dłużej i intensywniej, jako że już kolejnego dnia wycieczka dobiegała końca…

Dzień V – środa

Prom przybił do portu w Sztokholmie ok. 10:00 rano. Oznaczało to, iż po zejściu mieliśmy 5 godzin czasu na kolejne zwiedzanie miasta przed odjazdem pociągu do Oslo, i stamtąd nocnym pociągiem do Trondheim. Po ponownym spotkaniu z kolegą Sebastianem zdecydowaliśmy się na szybki lunch i obejście centrum po raz kolejny. I tutaj ciekawostka: istnieje legenda, iż jeśli pogłaszczemy wspomniany wcześniej najmniejszy posąg w Sztokholmie po głowie – powrócimy do niego najszybciej jak to możliwe. I tak się też stało!  Po niecałych 3 dniach powróciłem w to samo miejsce, zupełnie przypadkiem! Legendy jednak czasem działają… 🙂

Podsumowując…wypad obfitujący w ciekawe wydarzenia, nowych bardzo sympatycznych ludzi oraz unikatowe miejsca o których nie miałem pojęcia! Czegóż chcieć więcej? HEJ przygodo, do zobaczenia kolejnym razem na morskim (lub lądowym) szlaku!!! 🙂

K

Sesja time.

Czemu się niewiele dzieje ostatnio na blogu? Odpowiedz jest prosta: sesja!!! czyli egzaminy i nauka:)…z małymi oczywiście przerwami.

Sesja,ta też, jak na Norwegię przystało, wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Po zakończeniu semestru mamy tydzień wolnego (który własnie trwa, a właściwie się kończy) na przygotowanie się do egzaminów(dużo narodowości zaskoczona jest że tak mało, bo na przykład w Belgii mają 3 tygodnie. Ciekawe:P). Wszyscy w koło się uczą, na uczelni tłok większy niż podczas semestru, sale komputerowe pełne od rana do wieczora, drukarki jak na złość nie działają. Prowadzący grzecznie ustępują miejsca zdenerowanym studentom.

Uczenie się po angielsku nie jest łatwe, ale zajęcia po angielsku przez ostatnie 3 miesiące dały sporo i na pewno jest łatwiej niż w sierpniu, dużo łatwiej.  Zobaczymy jakie będą efekty na egzaminie, bo bajkopisarstwo mam na pewno bardziej opanowane w języku polskim. Może jednak nie będzie to konieczne….bo przecież w Polsce nigdy nie miałem całego tygodnia na naukę!!! Podoba mi się to! Można wszystko porządnie przemyśleć, przeanalizować i się zastanowić. Materiału jest dużo, ale przecież nigdy nie byłem nauczony w 100%. Zawsze coś zostaje i tutaj nie będzie inaczej.

Kolejnym plusem nauki po angielsku jest to, że praktycznie nie ma możliwości wkucia na pamięć jakiejś definicji zawierającej wiele specjalistycznych słówek, wiec trzeba czytać ze zrozumieniem:D co jak wiemy nie zawsze jest standardem nauki w Polsce. Z resztą jak się człowiek „wyłączy” podczas czytania to orientuje się po jednym zdaniu a nie jak w Polsce po 1 stronie. Jest ciekawie.

Ogólnie atmosfera jest dobra, za oknem ciemno i zimno (ale nie śnieżno, bo śniegu to ja od prawie miesiąca nie widziałem). Zobaczymy jakie będą efekty. Początek już jutro….pierwszy ustny egzamin. W formie prezentacji wiec pewnie źle nie bedzie. Potem w poniedziałek norweski, z którego może nie wymiatam jak Niemcy czy Duńczycy ale ze zdaniem nie powinno być problem. W środę GPS z naszym nauczycielem z Iraku…tez nie powinno być źle. Następnie, ciekawostka, Geodezja w SOBOTĘ !

Co wiecej tutaj do każdego egzaminu napisane są wytyczne w których na przykład można sprawdzić jakie model kalkulatorów można używać na egzaminie! Oczywiście graficzne i macierzowe nie są dozwolone…coś mi się wydaje że zdawalność na AGH z rachunku przy czymś takim jeszcze by spadła. Na szczęście na „gości” z innych krajów patrzą tutaj bardziej przychylnym okiem wiec nie powinno być problemu^^. Po geodezji jeszcze dwa egzaminy i….do domu:) Za dwa tygodnie wracam? Cieszycie się?:D Napisałbym wiecej o tej sesji….ale muszę się uczyć:P! (i jeść i spać i chodzić na siłownie, a to też zabiera czas!:P)

W miedzyczasie wzięliśmy udział w turnieju siatkówki, który…wygraliśmy (takie było założenie od początku). Atmosfera jak zwykle podczas takich wydarzeń była przednia, a w nagrodę (poza masakrycznymi zakwasami drugiego dnia) dostaliśmy 3 paczki cukierków….niby nic….ale tutaj jest to koszt 100 zł wiec cieszy 😀

Nasz team nosił nazwę „Polish Eagles” a składał się z dwóch Polaków, dwóch Francuzów, Niemca i Kanadyjczyka. Jak widać nazwa jak najbardziej trafiona:P Wymyślił ją Kuba, a ja zagrałem o nią z jednym z francuzów w ping ponga. Układ był prosty: wygram, nazywamy się „Polish Eagles” przegram, nazywamy się „Franch Eagles”…na nieszczęście reszty drużyny nie zwykłem ostatnio przegrywać w ping ponga:P Ostatecznie wszyscy przyjęli nazwę z uśmiechem na twarzy.

Szykuje jeszcze jeden wpis na zakończenie mojego pobytu  w Norwegii. Kuba też powinien niedługo coś wrzucić z niedawnej wycieczki do Szwecji i Estonii.

R

Edit. Zapomniałem!!! Ostatnio zostałem również zaproszony na kolację  z „typowym austriackim daniem”. Jak się okazało był to nasz polski schabowy! Jak widać na załączonym obrazku objadłem się raz a porządnie. Nie taka Norwegia straszna (mięsnie) jak ją malują:D!

Przeprowadzka #2

No to ładnie się rozpędziłem, kolejny wpis zaraz po poprzednim… 😉 No ale na pocieszenie dodam iż ten nie będzie grzeszył długością.

Od jakiegoś czasu wiedziałem, że będę musiał się przeprowadzić z powodu renowacji mojego poprzedniego akademika (choć bardziej chyba studenckiego mieszkania, studenckiego oczywiście na warunki tutejsze…). Z tą wiedzą podjąłem próby zmiany kampusu studenckiego, ze Steinan (obecnie) na Moholt. Jednakowoż wygląd mieszkania, cena jedynie symbolicznie niższa oraz skład (wtajemniczeni wiedzą z czym mam problem 😉 spowodowały, że wybrałem jednak mieszkanie na tym samym kampusie, w tym samym bloku, jedynie 2 klatki dalej (zmiana z 6 na 10), oraz w tym samym składzie i na tym samym piętrze (ostatnim 4.).

Standard jest powalający i w moim przekonaniu absolutnie zbędny, no ale nie jestem Norwegiem więc co ja tam wiem. Widzę tylko, że jeśli jacyś Norwegowie się wprowadzają do tutejszych mieszkań to wnoszą ze sobą co najmniej jeden płaski 42″ telewizor, więc może zmywarka w studenckim mieszkaniu nie jest jednak aż takim luksusem…

Poniżej trochę zdjęć z moich nowych włości 😉 Jak widać… wszystko widać. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest lepiej jak w niejednym polskim domu no ale cóż, nówka sztuka. Na końcu nowy pokoik wraz z bardzo praktycznym ustawieniem mebli (dzięki Raf!).

Tak gwoli zakończenia jeszcze mała rada. Jeśli kiedyś będziecie w Norwegii i przyjdzie wam ochota obejrzenia dobrego filmu (np. w tym przypadku The Lord of The Rings) idźcie do świetlicy w jednej ze studenckich wiosek i zaproponujcie maraton filmowy. Nie dość, że obejrzycie sobie go za darmo na dużym ekranie (projektorze)to  studenci prowadzący świetlice zorganizują wam darmowe przekąski, napoje, kawę i pizzę dla wszystkich, którzy wyrażą chęć (!) i przyjdą. Kupią także brakujące elementy sprzętu elektronicznego („no wiesz, ten kabel jest analogowy a projektor ma wejście HDMI, no i jeszcze mocniejsze głośniki by się przydały bo tam jest świetna ścieżka dźwiękowa”), porozklejają plakaty z informacją, a na sam koniec 10 razy podziękują za inicjatywę i dobrze wykonaną robotę i podarują wprezencie głośniki Creative 5.1 🙂

K

Kabina Flåkoia

No więc po sporej przerwie od pisania w końcu się to tego zabrałem. Mógłbym się usprawiedliwiać na wiele sposobów, np. bo w ostatnich dniach dużo uczelnianych zajęć i projektów do zrobienia, bo przeprowadzka (szczegółowo za chwilę), bo zimno, itp. Ale chyba muszę spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się, że po prostu lenistwo wzięło nade mną górę, zapewne nie ostatni raz…
Po tym jakże optymistycznym wstępie chciałbym wspomnieć o kilku najciekawszych wydarzeniach ostatnich dni. Zapewne należy do nich na pierwszym miejscu zaliczyć wycieczkę z Natalią do kabiny. Odbyła się ona równolegle do tej o której Rafał wspominał jakieś półtora tygodnia temu i była organizowana z nastawieniem na typowy relaks. Czy tak się ostatecznie stało? Hmm… Po dojściu na miejsce zdecydowanie tak. Ale droga nie należała do najprzyjemniejszych, mimo iż wśród wielu innych traktowana jest jako jedna z najłatwiejszych. Na pewno wpływ na to miały ilość bagażu (plecak turystyczny dla 2 osób + narty biegowe dla 2 osób, i zgadnijcie kto niósł…) oraz tzw. „szklanka” na drodze, która stanowiła zdecydowaną większość trasy. Bardzo nieprzyjemne warunki do chodzenia…
Udało nam się jednak dotrzeć na miejsce i jakież zdziwienie nas ogarnęło jak po wejściu do środka zastaliśmy suto zastawiony stół i naszą polską litrową Żubrówkę na honorowym miejscu. Wokoło żywej duszy… W tym miejscu należy zapewne wspomnieć, iż kilka metrów obok tejże kabiny (nie wspomniałem chyba nazwy – „Flåkoia”) znajduje się praktycznie nowiutka sauna. Tam też znaleźliśmy pozostałych „kabinowiczów” nadchodzącej nocy. Powtórnie ogarnęło nas zdziwienie, gdy okazało się, że spotkaliśmy znajomych: kolegę z kursu – Matthiasa, oraz dwoje znajomych z poprzednich wycieczek do kabin, tudzież imprez – Słowaczkę Marcelę oraz Phillipa. Pozostałej dwójki nie znaliśmy lecz szybko przełamaliśmy lody, zgadnijcie jak 😉 Pozostała część wieczoru i nocy upłynęła bardzo przyjemnie, w rytmach gitary oraz szklanych naczyń.

Poranek przywitał nas pięknym słońcem. A więc po śniadaniu, gdy pozostali panowie zdecydowali się zażyć kąpieli w saunie, ja, Natalia oraz Marcela stwierdziliśmy, że wdrapiemy się na pobliski szczyt aby podziwiać okolicę. Nie trwało to zbyt długo, szczyt nie należał do największych. Jednak po naszej stronie wzniesienia podejście było dość strome, obfitujące w śnieg ze zmrożoną powłoką, toteż podejście było interesujące. Czy było warto? Oceńcie sami:

W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się na przejście fragmentu drogi po jeziorze (konkretnie mówiąc po lodzie) co również było ciekawym doświadczeniem (zdjęcia już jutro). Powłoka została oczywiście wcześniej dokładnie sprawdzona (nożem i skakaniem 😛 )

Wróciliśmy do kabiny cali i zdrowi (i susi), a nasi znajomi zaczęli zbierać się do odjazdu. My zostawaliśmy na kolejną noc więc był obiadek, mała próba połowu, niestety z brzegu gdyż łódka była dziurawa, no i kolejna sesja w saunie wraz z kąpielą w zmrożonym jeziorze – cudo! Noc upłynęła na próbie zaśnięcia przy panoszących się w kącie myszach…

Kolejny dzień to trochę dłuższe poranne wstawanie oraz przygotowanie do powrotu, wraz ze sprzątaniem sesją zdjęciową (wkrótce w dziale ‚Galeria’) i przygotowaniem opału dla kolejnych gości:

Powrót również obfitował we wrażenia, gdyż wraz z pierwszym śniegiem udało nam się wypróbować biegowe narty! Mnie, z niewielkim ale zawsze narciarskim bagażem doświadczeń, „bieganie” nie sprawiało specjalnych trudności. Natomiast Natalii… zresztą zobaczcie 😉

 

 

 

Dodam jedynie, że do domu dotarliśmy jeszcze tego samego dnia i w pełni szczęśliwie 🙂

K

Telin-kabina ukryta w śniegu.


Przygotowania do mojej drugiej wycieczki kabinowej rozpocząłem w czwartek wieczorem kiedy to razem z trzema Francuzami (Halvard,Giom, Florent), którzy tym razem mieli być moimi towarzyszami wyprawy, wybraliśmy się do wypożyczalni sprzętu narciarskiego. To właśnie tam miałem wybrać swoje pierwsze w życiu narty biegowe. Już po paru minutach okazało się jednak, że osoby o rozmiarze stopy większym niż 44 są dalej dyskryminowane w tej cześć Europy. Wynikiem tejże dyskryminacji było otrzymanie przeze mnie (180 cm wzrostu, rozmiar buta 46) i Halvarda (208 cm wzrostu, rozmiar buta 47…coś tu chyba jest jednak ze mną nie tak) nart i butów w stylu lekki Old School. Tak czy inaczej uradowany otrzymaniem „nowego sprzętu” ruszyłem w kierunku akademika…Tam po dumnej prezentacji moich nart bardziej doświadczonemu, w kwestii narciarstwa, koledze dowiedziałem się, że racji sporego wieku moje narty nie posiadają specjalnych wypustek, które umożliwiłyby mi podejście pod lekkie wzniesienia (sic!). I że przydałby mi się specjalny wosk do ślizgów…OK!

W piątek zaraz po zajęciach ruszyłem do miasta w celu poszukiwania wosku. Ceny nie były jakieś straszne tyle, że okazało się ze rodzajów wosków jest chyba z trylion. Różne firmy, różne rodzaje śniegu, różne temperatury śniegu, różne techniki jazdy (…o tym to nie miałem pojęcia). Postanowiłem zapytać o rade…jak się okazało nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie. Norwegowie mają zdecydowanie bzika na punkcie nart biegowych. Na nic zdało się przekonywanie młodego sprzedawcy do tego, że będzie to moja pierwsza i ostatnia taka wyprawa, i że nie zamierzam się tam z nikim ścigać, a już na pewno nie będę dopatrywał się subtelnych różnic w płynności przesuwania się ślizgu (w szczególności, że w moich nartach można zaobserwować wyraźne braki w tymże ślizgu). Sprzedawca, choć miły, uparcie starał się mi wcisnąć „podstawowy” zestaw wosków i szczoteczek do czyszczenia nart z trzema rożnymi woskami dostosowanymi do różnych temperatur rozprowadzanych różnymi technikami w różnych częściach narty…i mimo, że widziałem że nie jest to typowe podejście polskiego sprzedawcy który po prostu chce wcisnąć nam jak najwięcej produktów (a może jeszcze szaliczek do tej koszuli?) postanowiłem bardzo po polsku zakończyć jego monolog: „To ja się zastanowię”.

Jak się okazało po powrocie do akademika, dwóch moich francuskich kolegów było tego dnia wypróbować narty w pobliskim parku i po dużych trudnościach w kontrolowaniu nart postanowili zakupić jedne z uniwersalnych wosków. Dalszą cześć wieczoru spędziliśmy na przygotowaniu sprzętu.

Sobota, pobudka o godzinie 6.30, wyjazd o godzinie 8.15. Dzień wcześniej z wyprawy rezygnowało dwóch Duńczyków, którzy mieli większy samochód…W tym momencie zostaliśmy w piątkę, plus bagaże, plus 5 par nart…Było ciekawie, na szczęście droga nie była dług. Bez większego błądzenia (coraz lepiej znamy okolice Trondheim) po 1.5 h byliśmy na starcie naszego szlaku. Już po 20 minutach mogłem po raz pierwszy wypróbować swoje narty. Odczucia są bardzo pozytywne, oczywiście początki nie są łatwe, bo narty (poza długością i pierwszym członem nazwy „narty biegowe”) różnią się od nart zjazdowych prawie wszystkim. Woskowanie działało(przez pierwsze 15 min), wiec dość sprawnie pokonywaliśmy kolejne metry. Nie obyło się oczywiście bez wywrotek, ale nie ma się dziwić, bo nie dość, że teren nieprzyjazny to jeszcze ponad 10 kg jedzenia i innego sprzętu na plecach.


Po dotarciu do kabiny, która okazała się jeszcze bardziej przytulna niż wcześniej opisywana Kasen, zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy, zachęceni pogodą i otaczającymi widokami na góry, na mały trekking z nartami na nogach. Szło się dobrze, śniegu było dużo (około 50 cm), ale był dość mocno zmrożony dlatego nie było problemu z zapadaniem.  Z racji, że ciemno robi się koło 16.30 nie zaszliśmy daleko. Po powrocie rozpaliliśmy w kominku, ja przyniosłem czystego śniegu w wiadrze na wodę, chłopaki przygotowali obiad. Resztę wieczorku spędziliśmy na graniu w karty i gadaniu. Około godziny 22.00 postanowiliśmy wybrać się na mały trekking tym razem w normlanych butach. Księżyc mocno świecił, dlatego dało się iść nawet bez latarek.

Następnego dnia nie tracąc czasu zabraliśmy się za sprzątnie kabiny, rąbanie drewna i przygotowaniu do wyjście. Około 11 zebraliśmy rzeczy i ruszyliśmy na wycieczkę po okolicy. Pogoda była super, tereny piękne, widoki niesamowite (kabina jest położona na wysokości 600 m n.p.m. na granicy łańcucha górskiego, który odwiedziliśmy z Grześkiem). Drugie dnia już niczym Justyna Kowalczyk pokonywałem kolejne metry ośnieżonych terenów. Perfekcyjnie! Nie obyło się jednak bez wywrotek, które przy takiej pogodzie (około -2, bezwietrznie i bezchmurnie) nie były wielkim problem, a jedynie dostarczyło dużo śmiechu współtowarzyszom. Glebę zaliczył każdy…prędzej czy później:)

Po paru godzinach bez problemu wróciliśmy do naszego samochodu i Trondheim. Wyjazd do kabiny oceniam jako bardzo fajne doświadczenie. Może tym razem nie przeszliśmy jakiegoś wielkiego dystansu, czy nie zdobyliśmy jakiegoś imponującego szczytu, ale samo podróżowanie w nartach pośrodku niczego, z plecakami na plecach i płucami pełnymi świeżego powietrza miało swój niepowtarzalny klimat. POLECAM!

Tym razem nie miałem ze sobą swojego aparatu dlatego też jakość zdjęć może być trochę gorsza. (zdjęcia z opisami) Na wyprawę ruszyłem z czterema francuzami. Kuba z Natalią tym razem wybrał bardziej luksusową (z sauną) i łatwiej dostępna kabinę. Relacja zapewne już niedługo.

R

Zima!

Mówią: „proście a będzie wam dane”, lub też „szukajcie a znajdziecie” lub „nie wywołuj wilka z lasu”. Jakkolwiek któryś z tych cytatów pasuje do naszej ostatniej wyprawy w góry na Galdhoppigen, kiedy to wyruszyliśmy w poszukiwaniu przygód na śniegu, można powiedzieć, że zima przybyła do Trondheim razem z naszym powrotem z gór. I zajęło jej to… jedną noc. Udając się na spoczynek i wyglądając przez okno zauważyć można było delikatny, symboliczny opad śniegu. Na asfalcie nawet się nie utrzymał bo za ciepły, może jedynie na dachach samochodów i płaskich dachach budynków. Rano natomiast obudził mnie fragment słynnej piosenki „Jingle Bells”, śpiewany przez Rafa w słuchawce telefonu, oraz taki widok za oknem:

Oraz przed wejściem do budynku:

A więc witaj, pierwsza nasza norweska zimo! I od razu zastanawiamy się: czy rowery odejdą do lamusa czy jednak będzie można z nich korzystać? Dzisiaj rano nie odważyłem się na to 🙂 Ale kto wie, trzeba przecież przetestować bicykle w nowych warunkach. I być może zakupić kaski 😀 Ciekawym jest, iż nikt się tutaj nie spieszy z odśnieżaniem i nikomu to też nie przeszkadza. Może dlatego, że większość kierowców wyposażyła się zawczasu w łańcuchy… Kolejne pytanie: czy to już ten właściwy ostateczny śnieg? Czy jedynie chwilowy zryw? Mądrość i doświadczenie mojego dziadka Staszka podpowiada mu, że jednak ten śnieg „jeszcze staje”. Może i coś w tym jest, liście z drzew opaść jeszcze nie zdążyły. ALE… klimat jednak inny niż polski. Będziemy zatem obserwować i relacjonować, bądźcie z nami na bieżąco a na pewno pierwsi się o wszystkim dowiecie!

A na deser: ZIMA w pełnej krasie. Enjoy!
K