The mountain with a hood of snow.

W oczekiwaniu na gościnny wpis Wacława i Grześka warto napisać kilka słów na temat naszej ostatniej weekendowej wycieczki! (mimo że już czwartek).

Po 1.5 dnia zwiedzania Trondheim postanowiliśmy podzielić nasz team i spróbować realizacji odrębnych celów. Wacław i Kuba zostali w Trondheim natomiast ja i Grzesiek wspomagani przez Dwóch Francuzów (od autora: „Z racji, że są to zawsze ci sami dwaj Francuzi pozwólcie ze będę ich tak właśnie tytułował”) postanowiliśmy spróbować zdobycia jednej z wyższych gór naszego regionu, oddalonej o 180 km od Trodnheim, a wysokiej na 2200 m n.p.m. Snøhetty (angielska nazwa w tytule).

Mimo głośnych (ale wewnątrz-umysłowych, bo do wydawania jakichkolwiek dzięków nie był jeszcze zdolny) sprzeciwów Grześka, wstaliśmy o godzinie 5 i zaczęliśmy przygotowywać prowiant do naszej podróży. Tym razem droga była naprawdę prosta, jednak ograniczenia prędkości i wysokie mandaty niezachęcające do łamania jakichkolwiek przepisów, spowodowały ze na miejscu byliśmy dopiero po około 3h. Był 22 września, 9.00, około O st. C. Niestety nasze obawy się sprawdziły…boczna droga która miała nas doprowadzić pod samą górę była zagrodzona szlabanem i dostępna tylko dla pieszych i rowerów. W tym momencie dojście na wierzchołek wydłużało się z 7 do 20 km w jedną stronę, co jak każdy się domyśla jest znacznym przeskokiem w szczególności w górach. Lekko podłamani postanowiliśmy wybrać się na pobliski punkt widokowy. Tam poza pięknym widokiem na nasz cel znaleźliśmy bardzo klimatyczną, a za razem estetyczną kabinę. Po krótkim posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę, nie mając za bardzo pomysłu w którą stronę iść postanowiliśmy iść po porostu przed siebie. Po raz kolejny okazało się ze jest to błędna decyzja, ponieważ w Norwegii zazwyczaj w pewnym momencie dochodzi się do jakiejś rzeki/strumienia który nie pozwala na przejście suchą stopą i zmusza do zawrócenia. Tak było też w naszym przypadku i po 3 godzinach, zmarznięci i głodni wróciliśmy do naszego szlabanu…

Bez większego namysłu postanowiłem zatrzymać pierwszą mijającą nas na rowerkach parkę i zapytać o miejsce do trekkingu w okolicy. Zrobiliśmy wedle ich rady i po 30 minutach znowu byliśmy na szlaku, fakt że płaskim, fakt że nie dochodzącym na żaden szczyt, ale na pewno obfitym w piękne krajobrazy. Wyszło słońce, wyprawa uratowana 🙂

Zeszło nam do 22, kiedy to znowu byliśmy w Trondheim, zmęczeni ale za to z suchą sytuacją w butach, co jak wiecie z poprzednich wpisów jest tu raczej rzadkością.

Niestety po raz kolejny miałem wrażenie ze wyprawa dość spontaniczna nie pozwoliła na pełne wykorzystanie możliwości jakie oferował nam teren otaczający Snøhette. Pocieszaliśmy się ze jak będziemy tam następnym razem to na pewno będziemy pamiętać gdzie iść ^^.

W najbliższą sobotę dla odmiany wybieram się w kierunku Geirangerfjord. Oby pogoda dopisała.

R

Reklamy

Cabin in the middle of wet lands.

…dobra, pojadłem, mogę pisać:).

NTNU (nasza uczelnia)  daje wszystkim swoim studentom możliwość wynajęcia na weekend jednej z blisko 30 kabin, czyli drewnianych domków położonych w środku lasu, bez prądu, bez wody itp. utrzymywanych przez studentów ochotników i tych którzy mieszkaja w nich an weekendy. Wraz z Kubą planowaliśmy wypad do jednej z nich od samego początku naszego pobytu w Norwegii, ale z racji wielu obowiązków jak i innych ciekawych wydarzeń w samym Trondheim udało nam się dotrzeć do jednej z nich dopiero w ten weekend… dotrzeć z wieloma przygodami :).

Kabina nazywa się Kåsen  czytane, jako polskie „Kosen” a wygląda tak:

Dzień przed wyjazdem zaplanowaliśmy dojazd i dojście do kabiny (wydrukowaliśmy mapki z Google, co jak się później okazało nie było najlepszym pomysłem), zakupiliśmy jedzenie (tradycyjne norweskie danie każdego zagranicznego studenta) i przygotowaliśmy niezbędny sprzęt (np. piłę ręczną potrzebna do przygotowania drewna do kominak, która swoją drogą wyglądała dość strasznie, w szczególności, przypięta do plecaka jednej z koleżanek). Pierwszą część trasy pokonaliśmy autokarem, który poza ceną nie różnił się mocno od Polskich standardów. Po 1.5h jazdy kierowca oznajmił nam ze zaraz będzie nasz przystanek…na pożegnani podarował rozkład jazdy i nienaganna angielkszczyzna życzył nam miłej wyprawy. Wędrówka nie była zbyt długa ani męcząca, za to strasznie …mokra. Może i nie padało (akurat w tym momencie), ale ziemia wszędzie jest tak nasiąknięta wodą ze jakiekolwiek przejście po trawie bardziej przypomina brodzenie w płytkim jeziorze.

Po 1h spacerku większość z nas miała totalnie przemoczone buty, dodatkowo nagle skończył się szlak i dalsza cześć drogi musieliśmy pokonywać krzakami, jednak dobre humory nikogo nie opuszczały!!! Właśnie! Nasza ekipa wyjazdowa składała się z: 2 Polaków, 2 Francuzek, Niemca, Belga, Łotyszki, Słowaczki i Estonki Jak widać międzynarodowe towarzystwo.

Po chwili błądzenia dotarliśmy do naszej kabiny. Na pierwszy rzut oka nie powalała (w szczególności jak jest się ceniącym wygodę mieszczuchem jak Ja) jednak po chwili każdy z nas dostrzegł w niej pewien urok i wiedział ze spędzone w niej chwile zapadną na długo w jego pamięci.

W kabinie spędziliśmy raptem kilkanaście minut, ponieważ rządza przygód i eksploracji otaczającego nas z każdej strony lasu i pagórków nie pozwalała zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu. Pełni zapału ubraliśmy nasze doszczętnie przemoczone skarpetki i buty i ruszyliśmy na „szlak”. Już po paru krokach zauważyliśmy kości…podejrzewamy ze był to łoś lub jakiś inny zwierz, choć kto wie? Może jedne z poprzednich mieszkańców kabiny… Za cel wycieczki, która była daniem głównym całego weekendu, obraliśmy sobie najwyższy (620 m n.p.m.) szczyt w okolicy. Po raz kolejny wędrówka nie była zbyt mecząca, ale mokra:) humory poprawiały piękne, iście październikowo-listopadowe widoki i rosnące co kawałek jagody.

 

Po zrobieniu masy zdjęć na szczycie naszej górki postanowiliśmy wracać do kabiny. W tym momencie nasz przewodnik nie popisał się zbytnio, bo zamiast wracać tą samą drogą poszliśmy w zupełnie innym kierunku. Nikt nie przewidział, że otaczające nas „wet lands” w każdym miejscu wyglądają tak samo…po kilkudziesięciu minutach błądzenia, która zakończyło się dojściem do krańców naszej, wydrukowanej na A4 mapy, znaleźliśmy jednak bezpieczną, ale po raz kolejny bardzo mokrą, drogę do naszego miejsca noclegu.

Na miejscu Kuba sprawnie zajął się przygotowaniem ognia natomiast reszta bandy rozwieszeniem mokrych rzeczy w okolicach kominka, przygotowaniem posiłku jak i ogarnięciem całej kabiny. Po paru godzinach (!) woda wesoło bulgotała w starym, ale spełniającym swoją funkcję garnku i już po chwili wylądował w niej pyszny….MAKARON!!! (a cóż innego można by się spodziewać!). Posiłek był zacny, każdy dostał dokładkę, jednak w pewnym momencie Kuba poczuł niepokojący zapach…niestety buty jednej z koleżanek zostały trochę przypalone, natomiast skarpetki Simona (sympatycznego kolegi z Belgii) przez następne miesiące będą straszyły kolejnych mieszkańców kabiny wypalonymi w nich dziurami! Złe ocenienie temperatury pieca nie popłaca:D Nawet ten mały incydent nie zepsuł nam tego wieczorku, a właściwie było z jego powodu tylko dużo śmiechu. Zaraz po kolacji wzięliśmy się za przygotowanie deseru: roztopione pianki + kawałek czekolady + dwa ciasteczka = norweski hamburger niskobudżetowy. Była to jedna ze słodszych rzeczy jakie w życiu jadłem! Reszta wieczorku minęła na rozmowach, graniu na gitarze, śpiewaniu i …nie, nie piciu piwa! wcinaniu ciastek:D! Około północy położyliśmy się spać…

Rano specjalnie nikt się nie zrywał i równo wstaliśmy w okolicach godziny 10. Każdy zjadł jakieś śniadanko i bez większego gadania zaczął rozglądać się za czymś pożytecznym do zrobienia, ponieważ obowiązkiem każdej z kolejnych mieszkających w kabinie grup jest pozostawienie jej w odpowiednim stanie (gotowej na przyjęcie kolejnych gości). Ja wraz z Simonem i Sebastianem zająłem się wodą (pobieraną z pobliskiej rzeczki-Szymon–>zbyt płytkiej aby dało się w niej łowić) i rąbaniem drzewa, co okazało się niezłą zabawą.

Koło godziny 13 opuściliśmy naszą kabinę, wdzięczni za schronienie i niezapomnianą atmosferę, którą nas obdarzyła.

Z racji, że autobus powrotny do Trodnheim mieliśmy dopiero o 19.50 resztę dnia spędziliśmy nad jeziorem, grając w siatkówkę, próbując łowić ryby z pożyczonej łódki (niestety nic nie udało się złapać….braki doświadczenia i słaby sprzęt jednak wychodzą) a Kuba skusił się nawet na kąpiel.

Wszyscy go za to podziwiali bo woda była na prawdę zimna. Zaraz po wyjściu z wody rozpalił ogień pod pobliskim daszkiem przy którym każdy z chęcią się ogrzał. Dziewczyny w międzyczasie poszły nazbierać jagód i z tego co wiem jutro będziemy zajadać placek. Pobyt nad jeziorem niespodziewanie okazało się jednym z fajniejszych momentów naszego wypadu, któremu towarzyszyło dużo śmiechu…ciekawe jest to że nikomu w okolicy nie przeszkadzało ze nieznana grupa studentów przesiaduje pod ich chatkami…może dlatego ze wszyscy pochowali się już głęboko w swoich domach ale pewniej dlatego ze tutaj w Norwegii po prostu jest inna mentalność.

Już w czwartek przylatują do nas Grzesiek i Waco…w tym miejscu życzę im miłej podroży.

R

Dzień po dniu.

Ostatnio nic przełomowego się nie wydarzyło…co nie znaczy jednak, że nie wydarzyło się nic godnego uwagi!

Nadal ostro trenujemy nogi przed sezonem zimowym (hmm właściwie to nie mamy wyjścia:P, w końcu po coś te rowery kupiliśmy). Na początku było trochę trudno, teraz robi się z tego niezła frajda. Dzisiaj po raz pierwszy udało mi się dojechać z uczelni do akademika-który jest na niezłej górze, bez zejścia z roweru ani na moment! Na końcu czułem się jak Lance Armstrong…tylko że ja nie koksuje, sam natural, tzn. makaron z sosem:D i banany- Dud, mam nadzieje że jesteś dumny z takiego kardio po siłowni:P. Co do makaronu z sosem i bananów ostrzegam wszystkich którzy planują mnie odwiedzić ze jest to danie główne na: poniedziałek, wtorek, środę, czwartek i piątek…mogę dla odmiany zaproponować inne kształty makaronu, bo w tym mamy pewien wybór i zapewnić o wysokiej jakości spożywanego sosu:D. Ostatnio jednak wygrałem śniadania, w jednym z uczelnianych quizów, i przez cały listopad będę jadł na uczelni za darmo!

Dużo czasu spędzamy też w salach komputerowych naszej uczelni, bo:

a) są tam komputery, a Kuba niestety nadal boryka się z problemami z laptopem (swoją drogą ciekawe gdzie on teraz jest…podobno gdzieś w okolicach Oslo. Komputer oczywiście:P).

b) mamy sporo projektów, które trzeba wykonać razem.

c) jest cicho, ciepło i wygodnie.

d) jest większa motywacja, aby coś zrobić

Ludzie w Norwegii są bardzo przyjaźnie nastawieni, w szczególności Ci co tak jak my są na różnego rodzaju wymianach. Jednego razu na siłowni pewien chłopak podchodzi do mnie i pyta: „Czy Ty jesteś może z Polski?”, od razu sobie pomyślałem: „No tak…Raf, typowo polska gęba…znowu mnie wykryli”. Jednak jak się okazało chłopak ten zainteresowany był spotkaniem prawdziwego Polaka ponieważ po przyjeździe do Norwegii wszyscy uważają ze ON na pewno jest z Polski…o dziwo jest z Kolumbii:D. Na szczęscie z moja gęba też nie jest tak źle, bo jak się okazało w jakiś sposób skojarzył napisy na mojej koszulce z Polską (tak, noszę tu koszulki rajdowe).

Na koniec jeszcze nocny widok na miasto i uczelnie.

Na weekend ruszamy do jednej z „podtrondhaimskich” kabin…ale co to, po co i dlaczego, o tym kolejny już w kolejnym wpisie.

R

Po wycieczce na wyspę

Dziś doświadczyliśmy pierwszej od dłuższego czasu bezdeszczowej doby. Nie padało cały dzień i również teraz za oknem bezchmurna noc. Zimno ale sucho. I przyjemnie, przejechać się wieczorną porą rowerem z kolacji ze znajomymi na campusie Persaunet do mojego lokum – Steinan. Zapewne to jeden z ostatnich takich dni w tym kraju, gdyż znajomi spędzając weekend w górach doświadczyli pierwszego śniegu. Niby dopiero wrzesień ale cóż, Norwegia 🙂

Wczorajszy dzień również należał do ciekawych. Będąc członkami International Club of Trondheim otrzymaliśmy zaproszenie na bezpłatny rejs na położoną nieopodal nabrzeża wysepkę, w której kiedyś znajdowało się więzienie.

Wyspa zwie się Munkholmen i bardzo cieszymy się, że udało się nam ją odwiedzić gdyż na okres zimowy jest zamykana a rejsy przestają być organizowane.  Wyspa jak już wspomniałem pełniła w przeszłości rolę więzienia, ale również fortecy obronnej. Można podziwiać pozostałości niemieckiej artylerii. W odległych czasach, przed końcem XI wieku wyspa pełniła jeszcze rolę miejsca do wykonywania egzekucji. Całość położona jest w odległości ok. 2km od lądu. Poza atrakcyjnymi widokami oraz, co ciekawe, bardzo przejrzystą wodą na nabrzeżu, nie wniosła dużo do naszego życia. Sposób zwiedzania również należy określić jako osobliwy, gdyż nie było z nami żadnego przewodnika, ba, nie było z nami nikogo. Ani na łodzi ani na wyspie, tylko grupa studentów, którzy przemierzali wyspę w dowolnych kierunkach. Kolejny wyraz ogromnego zaufania jakim Norwegowie darzą obywateli.

Po powrocie na stały ląd zostaliśmy zaproszeni na obiad z otwartą kuchnią ‚no limit’ oraz barem sałatkowym. A więc druga część wydarzenia, w którym zjedliśmy tyle pizzy ile się zmieściło, zdecydowanie bardziej nam się podobała. Zostało mi nawet na śniadanie 😉

K

Chceš kole?

Dzień nie zapowiadał się zbyt obiecująco, padało (to akurat żadna nowość, bo pada tutaj chyba codziennie), Kuba miał (i nadal ma) problemy z komputerem, mimo że serwisował go przed samym wyjazdem (mój z racji uzyskiwanej temperatury służy jako ogrzewanie w naszym pokoju, ale mam nadzieje ze wytrzyma), dotarły do nas również kolejne faktury za akademik co jest i raczej zawsze będzie niemiłą niespodzianka.

Po jakże ciekawych zajęciach Applied Geomatics na których dowiedziałem się wielu podstawowych ale jakże ciekawych informacji na temat systemu GPS (myślę ze ludzie z GIPu wyczuli ironię) wyszło słońce, a my pełni nadziei na udany zakup ruszyliśmy na koleją aukcję rowerów, po krótkich próbach negocjacji z organizatorem (który niestety odesłał nas z kwitkiem…) nie pozostało nam nic innego jak czekać na rozpoczęcie licytacji…jako starzy wyjadacze tego typu „eventów” w Trondheiem ( reszta była tam pierwszy raz a my drugi!), przeczekaliśmy pierwszą godzinę, w której wszyscy amatorzy rzucają się na pierwszy lepszy model. W momencie gdy już mieliśmy włączyć się do ostrej gry z gotowym plikiem koron w kieszeni… przed budynkiem w którym prowadzona była aukcja, zjawił się chłopak z dwom dobrze wyglądającymi rowerami i zapytał czy nie jesteśmy zainteresowani zakupem…Po krótkiej dyskusji połączonej z negocjacją ceny i testem rowerów zawarliśmy umowę ,która trochę przypominała wymianę rodem z NBA, a która zadowoliła chyba wszystkich z nas. Nasz sprzedawca który okazał się Słowakiem otrzymał: 1100 NOK i stary rower Kuby(z koszykiem!!! i bagażnikiem do którego w szczególności ja byłem emocjonalnie przywiazany…z racji wygody jaka mi dostarczał w czasie licznych podrozy), my w zamian dostaliśmy dwa rowery i jedna blokadę 😛 W ten oto sposób Kuba stał się właścicielem typowego roweru miejskiego,  DBS model „Street” a ja roweru G Force model „Mundial” (swoja trochę dziwna nazwa). Jak na razie przejchaliśmy an nich kilka pierwszych kilometrów i jest wszytsko ok…dobry stan opon, przerzutek a przed wszystkim hamulców miał duży wpływ na decyzję o zakupie, ponieważ dużym ułatwieniem jest to że rowery od razu po zakupie nadają się do jazdy (czego nie można niestety powiedzieć o tych kupowanych na aukcjach policyjnych).

Nadeszła nowa era! Era rowerów:D

Swoja droga dziwie sie ludziom ktorzy zdecydowali sie zostawic rowery za kilka tysiecy deszczu  przed budynkiem akademiku… mi szkoda dzisiaj byly zostawic mojego za 250zł.

          


Po kolejnym weekendzie…

Z moich obliczeń wynika, że już drugim. Czas leci, nie ma co 😉 A był to weekend pełen atrakcji. Począwszy od meczu Rosenborg-Legia…

 

 

 

 

 

 

 

Poprzez pierwszy posiłek na mieście…

Całkiem dobry i w dobrej cenie jak na ten kraj. No i przede wszystkim powodujący zadowolenie na twarzy 😀 Nie można też nie wspomnieć pierwszej większej integracyjnej imprezy w mieszkaniu, do zdjęć z której nie otrzymałem na razie dostępu, ciekawe dlaczego… Ale postaram się coś wrzucić 😉

Sobota była tym samym przeznaczona w 100% na odpoczynek aby w niedzielę wybrać się po raz pierwszy na rybki, póki co z pożyczonym sprzętem. Niestety pierwsze podejście bez sukcesów, może z braku wprawy, może z braku doświadczenia w połowach na otwartym akwenie morskim (albo raczej fiordowym).

Za to dzień dzisiejszy przyniósł pierwszy sukces, co prawda nic imponującego ale jak to mówią „pierwsze koty…właściwie to pstrągi… za płoty” 😉

 

 

 

 

 

 

Z nadzieją na co raz większe sukcesy chciałbym podziękować Szymonowi Powałowskiemu za wszelkie rady dotyczące tegoż rzemiosła, osiągnięcia będą publikowane na bieżąco 🙂

K

Rower kupię!

Na poczatku pobytu za granica zawsze jest do załatwiena dużo spraw „urzedowych” tj. rejestracja na policji, załatwienie masy papierów w Dziale Współpracy za Granica, umowy z akademikiem, pranie (po jakimś czasie:P) itd. Trondheim jest miastem połozonym nad duuuzym fiordem (niestety nie schodzacym tak spektakularnie do morza jak to zazwyczaj sobie wszyscy wyobazaja-sorry:P, przypomina bardziej zwykła zatokę która jednak i tak gwarantuje piękne widoki), a wszystkie w/w instytucje znajduja się w sporej odległosci od siebie. Dlatego nadal rozgladam sie za rowewrem!!! Rowerów w Trodnheim jest masa…zdecydowanie więcej niż samochodów. Myśle ze statystycznie co trzeci student NTNU ma rower…czyli codziennie pod uczelnia ustawiane sa ich tysiace…. ciekawa opcja jest coroczna aukcja rowerów, która może być okazja do zakupu taniego, a dobrego roweru. Z takim wlasnie założeniem poszyliśmy tam w czwartek z Kuba. Rowerów było do sprzedania z 300…a skad one??? dużo studentów na koniec swojego pobytu po prostu rowery porzuca, policja potem to zbiera i sprzedaje….niezły biznes. Na poczatku ceny były wysokie….za wysokie na polska studencka kieszeń…jednak systematycznie szły w dół…Niestety w momencie gdy zaczęły zbliżać sie do akceptowalnego przez nas poziomu musieliśmy udać się na stadion Rosenborga Trondheim….w końcu bilety nie moga sie zmarnować:P

Na szczęście była to dopiero połowa sprzedawanych rowerów….kolejne podejście już we wtorek:) i coś czuje ze uda sie coś fajnego wyhaczyć:D

Co do meczu. Widowisko nie powalało…nie wiem jakie sa komentarze w Polsce, ale Legia grała wolniej, mniej dokładnie i tylko kilku zawodników swoimi indywidualnymi umiejętnościami nadrabiali za cała resztę. Wyraźnie było widać ze zawodnicy Trondheim sa w połowie (a nawet moęe końcówce) swojego sezonu, bo byli duzo szybsi i lepiej przygotowani kondycyjnie. Do plusów na pewno trzeba zaliczyć dobry doping ze strony zarówno polskich jak i norweskich kibiców. Mimo że jednych i drugich było niewielu. Poza tym po razi pierwszy nie byłem w ogóle przeszukiwany na bramkach przy wejściu…mimo ze wnosiłem ze soba wielki plecak.

Na widocznym transparencie było napisane: „Przynosimy jasność tym co widza ciagle ciemność”…zaleciało poezja. Moim zagranicznym kolegom dużo bardziej podobały się transparenty z pozdrowieniami dla kolegów w więzieniu:P

R