Zima!

Mówią: „proście a będzie wam dane”, lub też „szukajcie a znajdziecie” lub „nie wywołuj wilka z lasu”. Jakkolwiek któryś z tych cytatów pasuje do naszej ostatniej wyprawy w góry na Galdhoppigen, kiedy to wyruszyliśmy w poszukiwaniu przygód na śniegu, można powiedzieć, że zima przybyła do Trondheim razem z naszym powrotem z gór. I zajęło jej to… jedną noc. Udając się na spoczynek i wyglądając przez okno zauważyć można było delikatny, symboliczny opad śniegu. Na asfalcie nawet się nie utrzymał bo za ciepły, może jedynie na dachach samochodów i płaskich dachach budynków. Rano natomiast obudził mnie fragment słynnej piosenki „Jingle Bells”, śpiewany przez Rafa w słuchawce telefonu, oraz taki widok za oknem:

Oraz przed wejściem do budynku:

A więc witaj, pierwsza nasza norweska zimo! I od razu zastanawiamy się: czy rowery odejdą do lamusa czy jednak będzie można z nich korzystać? Dzisiaj rano nie odważyłem się na to 🙂 Ale kto wie, trzeba przecież przetestować bicykle w nowych warunkach. I być może zakupić kaski 😀 Ciekawym jest, iż nikt się tutaj nie spieszy z odśnieżaniem i nikomu to też nie przeszkadza. Może dlatego, że większość kierowców wyposażyła się zawczasu w łańcuchy… Kolejne pytanie: czy to już ten właściwy ostateczny śnieg? Czy jedynie chwilowy zryw? Mądrość i doświadczenie mojego dziadka Staszka podpowiada mu, że jednak ten śnieg „jeszcze staje”. Może i coś w tym jest, liście z drzew opaść jeszcze nie zdążyły. ALE… klimat jednak inny niż polski. Będziemy zatem obserwować i relacjonować, bądźcie z nami na bieżąco a na pewno pierwsi się o wszystkim dowiecie!

A na deser: ZIMA w pełnej krasie. Enjoy!
K

Reklamy

Projekt: “Najwyższa góra Norwegii” (relacja)

Ci, którzy znają mnie trochę lepiej wiedzą, że nie od dziś ciągnie mnie w góry, te wysokie, a mam nadzieje, że w przyszłości jeszcze wyższe. W górach jest coś magicznego, spokój, cisza, a zarazem niesamowita potęga i przestrzeń. Co więcej góry zmuszają do wysiłku, do walki z samym sobą wystawiając na ciężką próbę siły fizyczne, ale przede wszystkim nasz charakter. Z drugiej strony dają niesamowitą satysfakcję, gdy się je pokona. Mimo, iż wielkie i groźne są po prostu piękne.

Projekt: Najwyższy góra Norwegii.

Relacja: Raf

Komentarze: Kuba

Planowanie naszej wyprawy rozpoczęliśmy w środkowe popołudnie. To wtedy zazwyczaj pada kluczowe pytanie: „Co robimy z najbliższym weekendem?”. Na spędzenie tego sobotnio niedzielnego czas relaksu i wypoczynku tym razem mieliśmy dwa pomysły. Wypad do kabiny (w końcu jak na razie byliśmy tylko w jednej, a NTNUi oferuje około 30 różnych, w przeróżnej okolicy), lub atak na najwyższą górę Norwegii i całej Skandynawii, niemalże przez cały rok pokryty śniegiem, mierzący 2469 m n.p.m. szczyt Galdhøpiggen. Góra ta była wśród moich celów wycieczkowych od samego początku pobytu w Trodnheim. Oczywiście od początku również mieliśmy wiele dylematów: jak tam dojedziemy? Bo przecież to tak daleko. Co z pogodą? Przecież już jest późno i na pewno jest tam już bardzo zimno i dużo śniegu (ludzie w koło mówili: „uhuhu macie rakiety śnieżne?”) Co ze sprzętem? Przecież prawie nic tutaj nie mamy. A kto z nami pojedzie? A przecież powinniśmy się uczyć…przecież mamy tylko piątek i wtorek wolny i na pewno się nie wyrobimy:/. Pewnie jakbyśmy się nad tym wszystkim jeszcze dłużej zastanawiali to ostatecznie spędzilibyśmy weekend na oglądaniu seriali graniu w ping ponga lub czytaniu książki. Jednak po sprawdzeniu prognozy pogody, która zapowiadała się bardzo optymistycznie i po przeanalizowaniu swojego doświadczenia w zimowych warunkach w górach, uznaliśmy, że „Jedziemy!!!”. Jest to magiczne słowo, które chcąc nie chcą kończy wszelkie bezsensowne rozważania, a rozpoczyna przygotowania do wyprawy.

Pierwszą sprawą była drużyna. Szukaliśmy 2/3 dodatkowych osób, ponieważ mieliśmy w planach wynajęcie samochodu (najszybszy, najtańszy i najbardziej komfortowy sposób dotarcia w góry oddalone od Trodheim o około 300km). Najbliżsi znajomi tym razem jakoś nie byli zainteresowani, możliwe, że poprzednie wojaże znacznie uszczupliły ich wycieczkowe budżety, lub też potrzebowali w końcu jakiegoś weekendu na odpoczynek. W tej sytuacji na ratunek przyszedł nam Facebook :D. Zamieściliśmy ogłoszenia na różnych grupach studenckich i już po paru godzinach mieliśmy trójkę chętnych do uzupełnienia naszej ekipy. Jak się okazało ekipy bardzo udanej, a składającej się z:

1)      Raf– główny organizator, nawigator, przewodnik w górach odpowiedzialny za trasę, mapy i zakwaterowanie,

2)      Kuba-pomysłodawca i organizator, kierowca zajmujący się wszystkim co związane z samochodem,

3)      Jorge– Hiszpan, o wyższym poziomie lenistwa niż typowy Polak jednak normalnym dla typowego Hiszpana, posiadacz kamery HD Pro 2 dzięki której będziemy mieli sporo ciekawych nagrań z tej wyprawy,

4)      Jitka– Czeszka, która pomimo kilku kryzysów na trasie nie dawała po sobie tego poznać i dzielnie kroczyła na sam szczyt,

5)      Frank– niewielkich rozmiarów, bystry, Francuz, ubrany w czapkę prosto z Peru, który spędził ostatni rok w Malezji na charytatywnej opiece nad dziećmi z trudnych rodzin. Obdarzył nas wieloma ciekawymi historiami i śmiesznymi komentarzami do różnych sytuacji.

Braki w sprzęcie przydatnym do takich wycieczek tym razem staraliśmy się obrócić na plus, bo przecież, komu by się chciało nosić te wszystkie, raki, czekany specjalne obuwie skoro można sobie wyskoczyć na minus 10 st. i dwa i pół tysiąca metrów w cienkiej kurtce, sweterku i półbutach *. Odmrożeń, większych uszkodzeń ciała, a nawet pogorszonego komfortu maszerowania nie odnotowano.

Po skompletowaniu drużyny Kuba zajął się organizacją samochodu dla 5 osób. Ostatecznie padło na srebrną Toyotę Avensis combi, niestety w benzynie, z niezbyt dużym 1,6 litrowym silnikiem. Ostatecznie jednak, zapewne dzięki 6-biegowej skrzyni oraz rygorystycznym ograniczeniom prędkości (120 km/h to maksimum jakie Kuba widział na liczniku) udało się osiągnąć średnie spalanie na poziomie 6l/100km, co sprawiło, że samochód dobrze sprawdził się w trudnych górskich warunkach. Ja natomiast wziąłem się za poszukiwanie noclegu. Niestety po kilkunastu telefonach musiałem się poddać. Hotele/kabiny/campingi w okolicy góry były albo: zamknięte(z racji końca sezonu letniego), albo pełne (z racji rozpoczęcia sezonu narciarskiego), albo bardzo drogie (bo ze śniadaniem i innymi wygodami). Ostatnią szansą był dla nas camping polecony mi przez kolegę z Niemiec, który atakował Galdhøpiggen dwa tygodnie wcześniej. Jednak w czwartek nie mogłem się tam dodzwonić. Na szczęście udało się w piątek przed samym wyjazdem, wiec nocleg na pierwszy dzień chyba był…chyba, bo rozmowa po angielsku z około 75 letnim panem nie należy do najłatwiejszy. Jednak dziwne pomruki z drugiej strony linii uznałem za ”tak mamy wolne miejsca na dzisiaj”.  Na wszelki wypadek zabraliśmy namiot i parę karimat, wiec w ostateczności mogliśmy spędzić noc na świeżym powietrzu.

W piątek, w okolicy godziny 11.00, po zebraniu członków ekipy i małych zakupach jedzenia na najbliższe dni ruszyliśmy w drogę dobrze znaną mi już szosą E6 (główny szlak komunikacyjny Norwegii, prowadzący z Narwiku przez Trodheim do Oslo), która swoją szerokością bardziej od autostrady przypomina polską drogę powiatową i można by było nawet się pomylić gdyby nie idealnie równa nawierzchnia i piękne widoki dookoła. Z racji, że kilometry uciekały dość sprawnie, a godzina była wciąż młoda zaproponowałem posiłek na jednym z punktów widokowych, który kilka tygodni wcześniej odwiedziłem z Grześkiem. Niestety prognoza pogody na piątek zupełnie się nie sprawdziła, co niezbyt dobrze rokowało na sobotę, i Snohytta po raz kolejny schowana była za chmurami. Jednak mimo to przystanek bardzo się przydał. Zjedliśmy, posiedzieliśmy przy ogniu w drewnianej kabinie z „widokiem” na góry i ruszyliśmy dalej. Około godziny 17.00, bez większych problemów dotarliśmy do zarezerwowanej kabiny, która okazała się ciepłym drewnianym domkiem, z prysznicem i WiFi… Idealnie na wypoczynek przed nadchodzącą wyprawą. Niestety niebo było nadal zakryte chmurami…

Sobota, pobudka 5.00, szybkie spojrzenie za okno…jeszcze ciemno, nadal widać jedynie chmury, szybkie sprawdzenie prognozy pogody…całą noc miało być czyste niebo „No super:/!”. Nie pozostało nam nic innego jak z nadzieją na poprawę przyszykować się do wędrówki. Śniadanie, pakowanie i w drogę! Bo do podnóża góry jeszcze 50 kilometrów. Na szlak wyszliśmy o godzinie 8.15. Okolica była zachmurzona, jednak ja ciągle liczyłem na przejaśnienie, bo za cienkimi chmurami widać było Słońce co momentami stwarzało bardzo ciekawe efekty (patrz „Słoneczny wodposad”). Po 1.5h marszu w końcu się doczekaliśmy! W pewnym momencie chmury jakby się rozstąpiły i przywitało nas piękne Słońce, które miało zostać z nami do końca dnia!!!

Piękna pogoda połączona z bardzo dobrą widocznością na otaczające nas szczyty, zachęcała wszystkich do dalszego marszu w górę. Śniegu było sporo. Na szczęście był to śnieg zmrożony, który na moje oko zalegał już od paru dobrych dni wiec nie było raczej problemu z zapadaniem, czy osuwaniem w dół. Po 4.5 godzinach, mijając imponujące urwiska i punkty widokowe, dotarliśmy na szczyt skąpany w promieniach zimowego Słońca. Przez następne 30 min podziwialiśmy, widoki, robiliśmy zdjęcia i jedliśmy drugie śniadanie zadowoleni z tego co udało nam się zrobić. Subiektywnie** oceniam trasę na łatwą. Nie było ani za dużo stromizn, było ciepło, śnieg był twardy wiec szło się po nim gładko. Poza tym, mimo iż szliśmy tego dnia jako pierwsi, mieliśmy wydeptaną ścieżkę. Mieliśmy szczęście, bo szczerze mówiąc nie potrafię sobie wyobrazić lepszych i łatwiejszych warunków do trekkingu w zimowych warunkach. Po 30 minutach doszły do nas inne ekipy, które również wykorzystały piękną pogodę. Zejście ze szczytu trwało kolejne 3h. Na dole, po meczącej wędrówce postanowiliśmy wrócić do sprawdzonej kabiny. Po raz kolejny przeprowadziłem nie do końca zrozumiałą rozmowę z właścicielem campingu, ale i tym razem się udało.

Drugiego dnia wstaliśmy trochę później, bo około godziny 8.00. Przywitał nas śnieg!!! Planem na niedzielę był mały trekking z widokiem na piękne jezioro polodowcowe, jednak jazda samochodem w zimowych warunkach zweryfikowała nasze plany. Na wysokość 1000m n.p.m na drodze było około 10 cm śniegu i ciągle sypało. Widoczność ze względu na jednolitą warstwę białego puchu, pokrywającego drogę nie należała do najbardziej komfortowych. Szczęście, że wypożyczalnia samochodów (zapewne z doświadczenia) wyposaża swoją flotę w zimowe opony, bez tego stanęlibyśmy na pierwszym podjeździe lub wylądowali w rowie, jak samochód jakiegoś nieszczęśnika który zdarzyło nam się minąć tego dnia. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy zrezygnować ze spaceru, zatrzymaliśmy się na poboczu koło innego jeziora, wyjęliśmy ślizgawki z bagażnika i rozpoczęliśmy zabawę na śniegu!:D [http://www.youtube.com/watch?v=2KDO4QKaox8&list=UU1k8dt0AxLrxpdAvJTqRosg&index=1&feature=plcp] Po godzinnym przystanku ruszyliśmy w drogę powrotną, podczas której spotkaliśmy… 3 łosie (!!!). Niestety stało się to tak niespodziewanie, iż nie udało nam się nagrać filmu o znośnej jakości, tudzież zrobić zdjęć. W nadmorskim Trondheim przywitało nas słońce i ciepłe 7 stopni Celsjusza.

Podsumowując wypad… Towarzystwo niezwykle udane, sądzimy, że nie była to nasza ostatnia wspólna wyprawa. Pomysł z wynajmem samochodu trafiony w 100%: komfort i wolność wyboru godzin odjazdu w bardzo przystępnej jak na Norwegię cenie (nieco ponad 600zł za duży samochód z 40tys przebiegu na 3 dni, ok. 420zł za paliwo na przejechanie prawie 800km i wszystko dzielone na 5 osób), nocleg w komfortowych warunkach za niecałe 80zł od osoby (2 izby, telewizor, lodówka, aneks kuchenny, wifi), dodatkowo super pogoda, niesamowite widoki i najwyższy (dla niektórych, np. Kuby) odwiedzony punkt na Ziemi. Czego chcieć więcej od weekendu?

Na razie na najbliższy nic nie planujemy….ale kto wie? Może w środę znowu padnie pytanie: „To co robimy z tym weekendem?”, a wtedy już nie wiadomo co wpadnie nam do głowy.

R

*Pierwsze co zrobię po powrocie do domu to spale je na stosie… Buty kupione za niemałe pieniądze nie nadają się do niczego. Nawet po chleb boję się w nich wyjść. Przemakają niemalże od razu, robią się w nich dziury, sznurówki rozplątują się co 10m. Firma Hannach, nie wiem co Suchy w niej widzisz, ale ja mówię jej „Nigdy więcej!” (ulubione zdanie Jorgego podczas wspinaczki na szczyt).

** Trudniej niż wycieczki na rajdzie czy wejście na Śnieżkę, ale łatwiej niż wędrówki po stronnych stokach Tatr Wysokich przy silnym wietrze.

 

 

Projekt: „Najwyższa góra Norwegii” (zapowiedź)

Wczoraj dość niespodziewanie ruszył nowy projekt: „Najwyższa góra Norwegii”, w ramach którego podejmiemy próbę wejścia na Galdhøpiggen (2469 m n.p.m) [ http://en.wikipedia.org/wiki/Galdh%C3%B8piggen ]. Prognozy na weekend są optymistyczne: 

Samochód już zarezerwowany, mapy wydrukowane (bo za darmo to co będziemy kupować), trwają przygotowania jedzenia i ubioru. Gorzej z noclegiem, bo na razie nie udało się nic zarezerować. Ruszamy jutro około godziny 11.00, pierwszy dzień to dojazd pod górę i znalezienie noclegu, drugi atak na szczyt i zmiana miejsca zamieszkania bliżej jeziora Gjende, nocleg, niedzielny trekking i powrót do Trondheim późnym wieczorem. Ekipa tym razem jest dość przypadkowa (bo znaleziona na Facebooku). Zobaczymy jak to wypali. Ciąg dalszy po weekendzie…trzymajcie kciuki:)

R

Jezioro Jonsvatnet

Witajcie po przerwie! Bez zbędnych wyjaśnień przejdę do rzeczy 😉

Kolejny weekend dobiega końca, Trondheim, jak już Rafał wspominał raczy nas urokami jesieni oraz kolejnym tygodniem słonecznej pogody. Dlatego też nie mogliśmy się obejść bez kolejnej weekendowej wycieczki. Tym razem wybraliśmy nieco mniej ekstremalny, zdecydowanie bardziej „niedzielny” wypoczynek, mianowicie szlak rowerowy wokoło Jeziora Jonsvatnet.

Typowo wypoczynkowy charakter wycieczki sprawił, iż ekipa wzbogaciła się o jednego dodatkowego członka, a właściwie członkinię, którą serdecznie pozdrawiamy i podziwiamy za dzielnie przejechaną, 35 kilometrową trasę 🙂 A oto i ona:

Punkt spotkania ustaliliśmy na kampus uniwersytecki NTNU Dragvoll, całkiem blisko mojego miejsca zamieszkania (kolejny plus mieszkania na przedmieściach) i stamtąd też ruszyliśmy w trasę. Początkowo biegła ona asfaltowymi drogami wśród osiedli mieszkalnych i pustych ulic (w okolicach 10 rano w sobotę całe Trondheim śpi) aż dojechaliśmy do skrzyżowania, dość wymownie oznaczonego dużą żółtą tablicą wskazującą kierunek na Jonsvatnet. Nie trwało to długo nim dojechaliśmy do jeziora. Początkowo droga biegła zdecydowanie powyżej tafli wody, nierzadko oddalając się od niej, gdyż jezioro ma zdecydowanie nieregularny kształt. Po kilkunastu minutach jazdy zatrzymaliśmy się na pierwszy postój – śniadanie 🙂 , które dane nam było spożyć nad samym brzegiem z niesamowitym widokiem na niczym nie zmąconą taflę wody.

 

 

 

 

 

Po śniadaniu i prawdopodobnie z jego powodu zaskoczył nas niecodzienny gość, który w swej ciekawości nie bał się podbiec naprawdę blisko. Czy ktoś wie cóż to za stwór?

Po chwili znów byliśmy na trasie, podziwiając niesamowity krajobraz, roztaczający się wokoło jeziora. Zdecydowaliśmy się objechać jezioro od strony wschodniej i południowej, z zamiarem powrotu do ‚punktu wyjścia’ stroną zachodnią, jednakże nie udało nam się tego dokonać, gdyż pomyliliśmy (no dobra, pomyliłem 😛 ) drogę, tym samym wjechaliśmy na jedną z dróg krajowych która od południa zaprowadziła nas prosto do punktu wyjścia – okolic mieszkania.

Mimo to wyprawę zdecydowanie zaliczymy do udanych, krajobrazy oraz zdjęcia, które udało nam się zrobić po raz kolejny lądują w albumie „niepowtarzalne”, a nasze apetyty na kolejną przygodę jedynie się zaostrzają…

K

 

 

 

 

 

 

Tak to czasem bywa

Tak to czasem bywa, że po fajnej wyciecze przychodzi chwila wyciszenia, odpoczynku, a następnie dalszej intensywnej pracy, aby w przyszłości można było „wycieczkować” po raz kolejny ^^ cieszac się z wyników poczynionych wcześniej wysiłków. Tak też zapowiada się następny weekend i tydzień. Ja prawdopodobnie spędzę go na organizowaniu wszystkich papierkowo-komputerowych materiałów, które nazbierałem przez ostatnie dwa miesiące, a także podsumowaniu tego co już zrobiłem (a nie ma co ukrywać że jest tego też sporo) i zaplanowaniu tego co mam jeszcze do zrobienia. W odróżnieniu do Polski, w Norwegii mamy już niemal połowę semestru!!! Na większości przedmiotów skończyliśmy już zagadnienia teoretyczne i przechodzimy do cześć ćwiczeniowe związanej z większą ilością pracy na komputerach i wykonywaniu kolejnych ćwiczeń.

Nie wiem czy u Was jest tak samo, ale nam dni uciekają bardzo szybko…mimo że czasami stylem ‘polskim’ lekko przysypiamy na zajęciach (w szczególności gdy w pojawiają się tak banalne rzeczy jak całka podwójna od minus do plus nieskończoności) czas leci jak błyskawica. Wczoraj byłem na ‘małych’ zakupach w Szwecji. Z Trondheim codziennie jedzie darmowy autokar (1.5h) do sklepu zaraz za szwedzko-norweską granicą, gdzie ceny są naprawdę niższe. Do ciekawostek które znalazłem w sklepie trzeba znaleźć polski Pasztet Firmowy (nie zakupiłem bo wiem ze smak nie jest rewelacyjny a cena jednak znacznie odbiegała od polskiej), kompot wiśniowy ‘made in Poland’, a także różne wyroby z mięsa renifera (przyjmuję zamówienia!!!). Ja sam zrobiłem zapas czekolady na miesiac, który najpewniej zniknie w ciagu najbliższych 3 dni:P

Robi się coraz chłodniej (dzisiaj rano 2 st. C), na szczęście nie pada, wiec podczas dzisiejszych, prawdopodobnie ostatnich, pomiarów terenowych nie było aż tak źle:D chociaż trochę w cieniu mroziło 😀 a Kuba miał problemy z utrzymaniem ołówka podczas tworzenia szkicu. Jedyne co w tym momencie przypominało mi Polskę….to niedziałający GPS:D . Po pomiarach udaliśmy się na ‘lunch’ , który od ostatniego tygodnia tradycyjnie stanowi moje darmowe śniadanie:) rzecz bardzo przydana, a po odpowiednim posłodzeniu owsianki i zamianie kawy na gorącą czekoladę, wręcz bardzo przyjemna.

Co po za tym? W Trondheim zapanowała złota norweska jesień, równie piękna jak ta polska. Każdy dzień przynosi nowe wieści, które jak na razie są bardzo budujące. Nasi nauczyciele zadowoleni są ze współpracy, a my zadowoleni jesteśmy z tego że maja dla nas czas… możliwe ze z nudów (4 regularnych studentów geodezji na największej uczelni technicznej liczącej 20.000 tys. studentów to raczej niewiele) a może po prostu tacy są, NORGE!!!

R

Najpiękniejsze miejsce jakie widziałem?

Od pierwszych lekcji geografii, na których uczyliśmy się różnych rodzajów wybrzeża, bardzo chciałem na własne oczy przekonać się co niezwykłego jest w wybrzeżu fiordowym, dlatego gdy tylko dowiedziałem się o wycieczce organizowanej przez ICoT (International Club of Trondheim) widziałem ze muszę na nią pojechać. Jednak o włos nie udałoby mi się nawet na nią zapisać. Rejestracja była w jedną z wrześniowych niedziel o godzinie 18.00, a ja w tym czasie byłem na wycieczce „kabinowej” opisanej w jednej z poprzednich wpisów. Całą sytuację uratował nasz kolega z Czech Ondrej Chlup, który to sprawnie wpisał mnie na listę chętnych. Okazało się niestety, że zbyt mało sprawnie, ponieważ znalazłem się na „liście rezerwowej” . Pierwsza pozycja jednak dawała duże szanse na sukces. Tak też się stało i dlatego ostatnio weekend spędziłem nad jednym z dwóch wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO fiordzie o nazwie: Geiranger.

Pobudka w sobotę o 6.30, śniadanie, pakowanie, szybka jazda rowerem po zupełnie pustych ulicach (w sobotę Trondheim śpi) do drugiego miasteczka studenckiego, gdzie czekały już dwa autokary. Pierwszy dzień upłynął praktycznie w całości na dojeździe do miasta (a raczej wioski) Geiranger. Po drodze mieliśmy kilka przystanków w miejscach wartych uwiecznienia na fotografiach. Około godziny 17.00 dojechaliśmy na miejsce, nagrodą za długą podroż był piękny widok na fiord w promieniach słońca, które wyszło zza chmur kilka chwil wcześniej. Krótka przerwa na zdjęcia i ruszamy na nasz camping. Tam czekały już na nas domki, w których znaleźliśmy ciepłe wyrka, prysznic i TV 😀 jednak na oglądanie norweskiej telewizji nie było czasu bo już po 15 minutach od przyjazdu rozpalony został grill. Następną godzinę spędziliśmy na pałaszowaniu kiełbasek ( i innych ciekawych, indyjskich potraw) i zapijaniu darmowymi napojami zapewnionymi przez organizatorów. Dalszą cześć wieczoru spędziliśmy z Ondrejem na planowaniu wycieczki, a następnie grze w karty z organizatorami. W nagrodę za druzgocącą porażkę otrzymałem chusteczkę…z moim imieniem i nazwiskiem w 4 różnych językach.Dodatkowo każdy z uczestników spotkania (a było nas 7) zaśpiewał piosenkę w swoim języku…plusem było to że co by się nie zaśpiewało to i tak szanse na zrozumienie były bardzo nikłe. Po mile spędzonym wieczorze wróciliśmy do swojej cabiny.

Pobudka o 7.00, szybka herbata, ostatnie przepakowanie i o 8.00 wyruszyliśmy na szlak. Dwóch Niemców, Czech i Polak. Tempo od początku starałem się narzucić dość mocne, ponieważ moim celem był szczyt „wiszący” nad fiordem na wysokości 1502 m n.p.m. Niby nic takiego, ale trzeba nadmienić że startuje się niemal z poziomu morza. Po 1h marszu dotarliśmy do pierwszego punktu widokowego. Mimo że trafiliśmy tam przypadkiem i musieliśmy nadrobić trochę drogi, było warto. Krajobraz był naprawdę nieziemski. Po chwili ruszyliśmy dalej. Nie patrząc zbytnio na zostających w tyle kompanów szybkim krokiem szedłem w górę wiedząc ze pogoda w każdym momencie może się pogorszyć. Na szlaku mijaliśmy raz po raz ludzi jednak wszyscy byli uczestnikami naszej wycieczki. Poza tym spotkaliśmy dużo owiec, jakieś ptaki i…trzy lamy (!?). Ścieżka początkowo szła dość łagodnie przez las, z licznymi wodospadami, następnie ostro w górę  po dość błotnistym podłożu.  W tym momencie dużo ludzi z racji obuwia totalnie nieprzystosowanego do trekkingu rezygnowała z dalszego wspinania, znajdowała sobie wygodnie miejsce i wcinała drugie śniadanko. Mnie to jednak nie zadawalało, ponieważ widok na góry był piękny, ale moim celem było co innego: góry + fiord, a z miejsca w którym w tym momencie byliśmy widziałem (a właściwie czułem) jedynie wodę w moich butach. Ruszyłem dalej, i w tym momencie byłem jedyną osobą na szlaku, który zmienił się w kamienistą, dobrze oznakowaną ścieżkę. Widziałem, że chmury się zbliżają, a szczyt jest coraz bliżej, więc moja szybka wspinaczka zmieniła się w dość niebezpieczny na tym terenie trucht. Jednak pod wpływem napięcia jakie czułem postanowiłem podjąć to ryzyko mimo, że kilkakrotnie myślałem o zawróceniu. Jednak łatwość kolejnych pokonywanych metrów aż zachęcała do dalszej wspinaczki.  O godzinie 12.30 byłem na szczycie, i gdy tylko się tam znalazłem wiedziałem, że zrezygnowanie byłoby jedną z gorszych decyzji w moim życiu. Widok był obłędny i na pewno zostanie na długo (a może nawet na zawsze) w mojej głowie. Następne 20 min spędziłem na cykaniu zdjęć i afirmacji otaczającej mnie przyrody. W tym momencie wypatrzyłem również Ondreja, który dzielnie maszerował z naszym plecakiem. Jego zdanie na temat widoków było takie samo jak moje: „ Amazing” ( http://www.youtube.com/watch?v=OyaBwblGMSg –> nagranie ze szczytu) . O godzinie 13.00 rozpoczęliśmy zejście. Nie trwało ono długo, ale było dość meczące, przy przerwach widziałem jak drgają moje uda, używane przez poprzednią godzinę jako hamulec, a że ścieżka była stroma wyzwanie dla nich było spore. W tym momencie jednak przydał się mój trening rowerowy od początku semestru.

Ostatnim punktem pobytu w Geiranger był wodospad, a właściwie ścieżka wiodąca za wodospadem. Również ciekawe przeżycie, w szczególności gdy próbuje się nadążyć wzrokiem za spadającą wodą. Po krótkim odpoczynku przy wodospadzie zeszliśmy z powrotem do campingu. Ja jeszcze zrobiłem sobie małą przerwę na opalanie na dachu jednej z kabin i byłem gotowy do drogi powrotnej.

O 18.30 wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy w stronę Trondheim. Po drodze zatrzymaliśmy się w restauracji, w której czekał na nas ciepły posiłek, deser i piwko. Miły akcent na zakończenie jakże udanego dnia i całej wycieczki. Dalszą drogę przespałem….

Kilka słów o samych organizatorach wyprawy. Trzon ICoTu tworzy trzech hindusów i chińczyk (szefostwo). Jest to grupa doktorantów, którzy bawią się w organizowanie tanich wycieczek w różne miejsca Norwegii i Trondheim i trzeba przyznać, że całkiem nieźle im to wchodzi. Dodatkowo są niesamowicie mili. Podczas wyprawy wielokrotnie byłem zapraszany do wspólnego spożycia wegetariańskich potraw czy też do udziału w grach, dyskusjach czy pieszych wycieczkach, a wszystko to przez ludzi, których poznałem kilka godzin wcześniej. Najliczniejszą grupę podczas całej wyprawy stanowili…Nepalczycy 😀 dużo było również Pakistańczyków, Singapurczyków, Irakijczyków itd. Ludzi z krajów, których nie podejrzewałbym o duża liczbę uniwersytetów…a tu nagle Nepal wygrywa z Polska 44:1 w liczbie uczestników wycieczki. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć ze bardzo dobrze czułem się w tym międzynarodowym, ale przede wszystkim, azjatyckim towarzystwie.  Podczas drogi powrotnej siedziałem razem  z chłopakiem z Singapuru, który mówił po chińsku jednak powiedział, że w domu z rodzicami porozumiewa się po angielsku…jednak nie jest to normalny angielski, a jak to oni mówią: „Singlish” czyli angielski ze słowami (a właściwie dźwiękami) wyrażającymi emocje… o co chodzi? Singapurczycy mówia szybko, dodatkowo skracając zdania, w zamian dodają dźwięki które wyrażają emocje. Ciekawe, ale przez to z rozmowy mojego nowego kolegi z rówieśnikami potrafiłem zrozumieć kilka słów.

Podsumowując, samemu czy z ICoTem, fiord Geiranger to coś kto każdy powinien zobaczyć , aby podziwiać piękne widoki ale i poczuć jacy tak na prawdę jesteśmy mali.

R