Sesja time.

Czemu się niewiele dzieje ostatnio na blogu? Odpowiedz jest prosta: sesja!!! czyli egzaminy i nauka:)…z małymi oczywiście przerwami.

Sesja,ta też, jak na Norwegię przystało, wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Po zakończeniu semestru mamy tydzień wolnego (który własnie trwa, a właściwie się kończy) na przygotowanie się do egzaminów(dużo narodowości zaskoczona jest że tak mało, bo na przykład w Belgii mają 3 tygodnie. Ciekawe:P). Wszyscy w koło się uczą, na uczelni tłok większy niż podczas semestru, sale komputerowe pełne od rana do wieczora, drukarki jak na złość nie działają. Prowadzący grzecznie ustępują miejsca zdenerowanym studentom.

Uczenie się po angielsku nie jest łatwe, ale zajęcia po angielsku przez ostatnie 3 miesiące dały sporo i na pewno jest łatwiej niż w sierpniu, dużo łatwiej.  Zobaczymy jakie będą efekty na egzaminie, bo bajkopisarstwo mam na pewno bardziej opanowane w języku polskim. Może jednak nie będzie to konieczne….bo przecież w Polsce nigdy nie miałem całego tygodnia na naukę!!! Podoba mi się to! Można wszystko porządnie przemyśleć, przeanalizować i się zastanowić. Materiału jest dużo, ale przecież nigdy nie byłem nauczony w 100%. Zawsze coś zostaje i tutaj nie będzie inaczej.

Kolejnym plusem nauki po angielsku jest to, że praktycznie nie ma możliwości wkucia na pamięć jakiejś definicji zawierającej wiele specjalistycznych słówek, wiec trzeba czytać ze zrozumieniem:D co jak wiemy nie zawsze jest standardem nauki w Polsce. Z resztą jak się człowiek „wyłączy” podczas czytania to orientuje się po jednym zdaniu a nie jak w Polsce po 1 stronie. Jest ciekawie.

Ogólnie atmosfera jest dobra, za oknem ciemno i zimno (ale nie śnieżno, bo śniegu to ja od prawie miesiąca nie widziałem). Zobaczymy jakie będą efekty. Początek już jutro….pierwszy ustny egzamin. W formie prezentacji wiec pewnie źle nie bedzie. Potem w poniedziałek norweski, z którego może nie wymiatam jak Niemcy czy Duńczycy ale ze zdaniem nie powinno być problem. W środę GPS z naszym nauczycielem z Iraku…tez nie powinno być źle. Następnie, ciekawostka, Geodezja w SOBOTĘ !

Co wiecej tutaj do każdego egzaminu napisane są wytyczne w których na przykład można sprawdzić jakie model kalkulatorów można używać na egzaminie! Oczywiście graficzne i macierzowe nie są dozwolone…coś mi się wydaje że zdawalność na AGH z rachunku przy czymś takim jeszcze by spadła. Na szczęście na „gości” z innych krajów patrzą tutaj bardziej przychylnym okiem wiec nie powinno być problemu^^. Po geodezji jeszcze dwa egzaminy i….do domu:) Za dwa tygodnie wracam? Cieszycie się?:D Napisałbym wiecej o tej sesji….ale muszę się uczyć:P! (i jeść i spać i chodzić na siłownie, a to też zabiera czas!:P)

W miedzyczasie wzięliśmy udział w turnieju siatkówki, który…wygraliśmy (takie było założenie od początku). Atmosfera jak zwykle podczas takich wydarzeń była przednia, a w nagrodę (poza masakrycznymi zakwasami drugiego dnia) dostaliśmy 3 paczki cukierków….niby nic….ale tutaj jest to koszt 100 zł wiec cieszy 😀

Nasz team nosił nazwę „Polish Eagles” a składał się z dwóch Polaków, dwóch Francuzów, Niemca i Kanadyjczyka. Jak widać nazwa jak najbardziej trafiona:P Wymyślił ją Kuba, a ja zagrałem o nią z jednym z francuzów w ping ponga. Układ był prosty: wygram, nazywamy się „Polish Eagles” przegram, nazywamy się „Franch Eagles”…na nieszczęście reszty drużyny nie zwykłem ostatnio przegrywać w ping ponga:P Ostatecznie wszyscy przyjęli nazwę z uśmiechem na twarzy.

Szykuje jeszcze jeden wpis na zakończenie mojego pobytu  w Norwegii. Kuba też powinien niedługo coś wrzucić z niedawnej wycieczki do Szwecji i Estonii.

R

Edit. Zapomniałem!!! Ostatnio zostałem również zaproszony na kolację  z „typowym austriackim daniem”. Jak się okazało był to nasz polski schabowy! Jak widać na załączonym obrazku objadłem się raz a porządnie. Nie taka Norwegia straszna (mięsnie) jak ją malują:D!

Reklamy

Przeprowadzka #2

No to ładnie się rozpędziłem, kolejny wpis zaraz po poprzednim… 😉 No ale na pocieszenie dodam iż ten nie będzie grzeszył długością.

Od jakiegoś czasu wiedziałem, że będę musiał się przeprowadzić z powodu renowacji mojego poprzedniego akademika (choć bardziej chyba studenckiego mieszkania, studenckiego oczywiście na warunki tutejsze…). Z tą wiedzą podjąłem próby zmiany kampusu studenckiego, ze Steinan (obecnie) na Moholt. Jednakowoż wygląd mieszkania, cena jedynie symbolicznie niższa oraz skład (wtajemniczeni wiedzą z czym mam problem 😉 spowodowały, że wybrałem jednak mieszkanie na tym samym kampusie, w tym samym bloku, jedynie 2 klatki dalej (zmiana z 6 na 10), oraz w tym samym składzie i na tym samym piętrze (ostatnim 4.).

Standard jest powalający i w moim przekonaniu absolutnie zbędny, no ale nie jestem Norwegiem więc co ja tam wiem. Widzę tylko, że jeśli jacyś Norwegowie się wprowadzają do tutejszych mieszkań to wnoszą ze sobą co najmniej jeden płaski 42″ telewizor, więc może zmywarka w studenckim mieszkaniu nie jest jednak aż takim luksusem…

Poniżej trochę zdjęć z moich nowych włości 😉 Jak widać… wszystko widać. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest lepiej jak w niejednym polskim domu no ale cóż, nówka sztuka. Na końcu nowy pokoik wraz z bardzo praktycznym ustawieniem mebli (dzięki Raf!).

Tak gwoli zakończenia jeszcze mała rada. Jeśli kiedyś będziecie w Norwegii i przyjdzie wam ochota obejrzenia dobrego filmu (np. w tym przypadku The Lord of The Rings) idźcie do świetlicy w jednej ze studenckich wiosek i zaproponujcie maraton filmowy. Nie dość, że obejrzycie sobie go za darmo na dużym ekranie (projektorze)to  studenci prowadzący świetlice zorganizują wam darmowe przekąski, napoje, kawę i pizzę dla wszystkich, którzy wyrażą chęć (!) i przyjdą. Kupią także brakujące elementy sprzętu elektronicznego („no wiesz, ten kabel jest analogowy a projektor ma wejście HDMI, no i jeszcze mocniejsze głośniki by się przydały bo tam jest świetna ścieżka dźwiękowa”), porozklejają plakaty z informacją, a na sam koniec 10 razy podziękują za inicjatywę i dobrze wykonaną robotę i podarują wprezencie głośniki Creative 5.1 🙂

K

Kabina Flåkoia

No więc po sporej przerwie od pisania w końcu się to tego zabrałem. Mógłbym się usprawiedliwiać na wiele sposobów, np. bo w ostatnich dniach dużo uczelnianych zajęć i projektów do zrobienia, bo przeprowadzka (szczegółowo za chwilę), bo zimno, itp. Ale chyba muszę spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się, że po prostu lenistwo wzięło nade mną górę, zapewne nie ostatni raz…
Po tym jakże optymistycznym wstępie chciałbym wspomnieć o kilku najciekawszych wydarzeniach ostatnich dni. Zapewne należy do nich na pierwszym miejscu zaliczyć wycieczkę z Natalią do kabiny. Odbyła się ona równolegle do tej o której Rafał wspominał jakieś półtora tygodnia temu i była organizowana z nastawieniem na typowy relaks. Czy tak się ostatecznie stało? Hmm… Po dojściu na miejsce zdecydowanie tak. Ale droga nie należała do najprzyjemniejszych, mimo iż wśród wielu innych traktowana jest jako jedna z najłatwiejszych. Na pewno wpływ na to miały ilość bagażu (plecak turystyczny dla 2 osób + narty biegowe dla 2 osób, i zgadnijcie kto niósł…) oraz tzw. „szklanka” na drodze, która stanowiła zdecydowaną większość trasy. Bardzo nieprzyjemne warunki do chodzenia…
Udało nam się jednak dotrzeć na miejsce i jakież zdziwienie nas ogarnęło jak po wejściu do środka zastaliśmy suto zastawiony stół i naszą polską litrową Żubrówkę na honorowym miejscu. Wokoło żywej duszy… W tym miejscu należy zapewne wspomnieć, iż kilka metrów obok tejże kabiny (nie wspomniałem chyba nazwy – „Flåkoia”) znajduje się praktycznie nowiutka sauna. Tam też znaleźliśmy pozostałych „kabinowiczów” nadchodzącej nocy. Powtórnie ogarnęło nas zdziwienie, gdy okazało się, że spotkaliśmy znajomych: kolegę z kursu – Matthiasa, oraz dwoje znajomych z poprzednich wycieczek do kabin, tudzież imprez – Słowaczkę Marcelę oraz Phillipa. Pozostałej dwójki nie znaliśmy lecz szybko przełamaliśmy lody, zgadnijcie jak 😉 Pozostała część wieczoru i nocy upłynęła bardzo przyjemnie, w rytmach gitary oraz szklanych naczyń.

Poranek przywitał nas pięknym słońcem. A więc po śniadaniu, gdy pozostali panowie zdecydowali się zażyć kąpieli w saunie, ja, Natalia oraz Marcela stwierdziliśmy, że wdrapiemy się na pobliski szczyt aby podziwiać okolicę. Nie trwało to zbyt długo, szczyt nie należał do największych. Jednak po naszej stronie wzniesienia podejście było dość strome, obfitujące w śnieg ze zmrożoną powłoką, toteż podejście było interesujące. Czy było warto? Oceńcie sami:

W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się na przejście fragmentu drogi po jeziorze (konkretnie mówiąc po lodzie) co również było ciekawym doświadczeniem (zdjęcia już jutro). Powłoka została oczywiście wcześniej dokładnie sprawdzona (nożem i skakaniem 😛 )

Wróciliśmy do kabiny cali i zdrowi (i susi), a nasi znajomi zaczęli zbierać się do odjazdu. My zostawaliśmy na kolejną noc więc był obiadek, mała próba połowu, niestety z brzegu gdyż łódka była dziurawa, no i kolejna sesja w saunie wraz z kąpielą w zmrożonym jeziorze – cudo! Noc upłynęła na próbie zaśnięcia przy panoszących się w kącie myszach…

Kolejny dzień to trochę dłuższe poranne wstawanie oraz przygotowanie do powrotu, wraz ze sprzątaniem sesją zdjęciową (wkrótce w dziale ‚Galeria’) i przygotowaniem opału dla kolejnych gości:

Powrót również obfitował we wrażenia, gdyż wraz z pierwszym śniegiem udało nam się wypróbować biegowe narty! Mnie, z niewielkim ale zawsze narciarskim bagażem doświadczeń, „bieganie” nie sprawiało specjalnych trudności. Natomiast Natalii… zresztą zobaczcie 😉

 

 

 

Dodam jedynie, że do domu dotarliśmy jeszcze tego samego dnia i w pełni szczęśliwie 🙂

K

Telin-kabina ukryta w śniegu.


Przygotowania do mojej drugiej wycieczki kabinowej rozpocząłem w czwartek wieczorem kiedy to razem z trzema Francuzami (Halvard,Giom, Florent), którzy tym razem mieli być moimi towarzyszami wyprawy, wybraliśmy się do wypożyczalni sprzętu narciarskiego. To właśnie tam miałem wybrać swoje pierwsze w życiu narty biegowe. Już po paru minutach okazało się jednak, że osoby o rozmiarze stopy większym niż 44 są dalej dyskryminowane w tej cześć Europy. Wynikiem tejże dyskryminacji było otrzymanie przeze mnie (180 cm wzrostu, rozmiar buta 46) i Halvarda (208 cm wzrostu, rozmiar buta 47…coś tu chyba jest jednak ze mną nie tak) nart i butów w stylu lekki Old School. Tak czy inaczej uradowany otrzymaniem „nowego sprzętu” ruszyłem w kierunku akademika…Tam po dumnej prezentacji moich nart bardziej doświadczonemu, w kwestii narciarstwa, koledze dowiedziałem się, że racji sporego wieku moje narty nie posiadają specjalnych wypustek, które umożliwiłyby mi podejście pod lekkie wzniesienia (sic!). I że przydałby mi się specjalny wosk do ślizgów…OK!

W piątek zaraz po zajęciach ruszyłem do miasta w celu poszukiwania wosku. Ceny nie były jakieś straszne tyle, że okazało się ze rodzajów wosków jest chyba z trylion. Różne firmy, różne rodzaje śniegu, różne temperatury śniegu, różne techniki jazdy (…o tym to nie miałem pojęcia). Postanowiłem zapytać o rade…jak się okazało nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie. Norwegowie mają zdecydowanie bzika na punkcie nart biegowych. Na nic zdało się przekonywanie młodego sprzedawcy do tego, że będzie to moja pierwsza i ostatnia taka wyprawa, i że nie zamierzam się tam z nikim ścigać, a już na pewno nie będę dopatrywał się subtelnych różnic w płynności przesuwania się ślizgu (w szczególności, że w moich nartach można zaobserwować wyraźne braki w tymże ślizgu). Sprzedawca, choć miły, uparcie starał się mi wcisnąć „podstawowy” zestaw wosków i szczoteczek do czyszczenia nart z trzema rożnymi woskami dostosowanymi do różnych temperatur rozprowadzanych różnymi technikami w różnych częściach narty…i mimo, że widziałem że nie jest to typowe podejście polskiego sprzedawcy który po prostu chce wcisnąć nam jak najwięcej produktów (a może jeszcze szaliczek do tej koszuli?) postanowiłem bardzo po polsku zakończyć jego monolog: „To ja się zastanowię”.

Jak się okazało po powrocie do akademika, dwóch moich francuskich kolegów było tego dnia wypróbować narty w pobliskim parku i po dużych trudnościach w kontrolowaniu nart postanowili zakupić jedne z uniwersalnych wosków. Dalszą cześć wieczoru spędziliśmy na przygotowaniu sprzętu.

Sobota, pobudka o godzinie 6.30, wyjazd o godzinie 8.15. Dzień wcześniej z wyprawy rezygnowało dwóch Duńczyków, którzy mieli większy samochód…W tym momencie zostaliśmy w piątkę, plus bagaże, plus 5 par nart…Było ciekawie, na szczęście droga nie była dług. Bez większego błądzenia (coraz lepiej znamy okolice Trondheim) po 1.5 h byliśmy na starcie naszego szlaku. Już po 20 minutach mogłem po raz pierwszy wypróbować swoje narty. Odczucia są bardzo pozytywne, oczywiście początki nie są łatwe, bo narty (poza długością i pierwszym członem nazwy „narty biegowe”) różnią się od nart zjazdowych prawie wszystkim. Woskowanie działało(przez pierwsze 15 min), wiec dość sprawnie pokonywaliśmy kolejne metry. Nie obyło się oczywiście bez wywrotek, ale nie ma się dziwić, bo nie dość, że teren nieprzyjazny to jeszcze ponad 10 kg jedzenia i innego sprzętu na plecach.


Po dotarciu do kabiny, która okazała się jeszcze bardziej przytulna niż wcześniej opisywana Kasen, zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy, zachęceni pogodą i otaczającymi widokami na góry, na mały trekking z nartami na nogach. Szło się dobrze, śniegu było dużo (około 50 cm), ale był dość mocno zmrożony dlatego nie było problemu z zapadaniem.  Z racji, że ciemno robi się koło 16.30 nie zaszliśmy daleko. Po powrocie rozpaliliśmy w kominku, ja przyniosłem czystego śniegu w wiadrze na wodę, chłopaki przygotowali obiad. Resztę wieczorku spędziliśmy na graniu w karty i gadaniu. Około godziny 22.00 postanowiliśmy wybrać się na mały trekking tym razem w normlanych butach. Księżyc mocno świecił, dlatego dało się iść nawet bez latarek.

Następnego dnia nie tracąc czasu zabraliśmy się za sprzątnie kabiny, rąbanie drewna i przygotowaniu do wyjście. Około 11 zebraliśmy rzeczy i ruszyliśmy na wycieczkę po okolicy. Pogoda była super, tereny piękne, widoki niesamowite (kabina jest położona na wysokości 600 m n.p.m. na granicy łańcucha górskiego, który odwiedziliśmy z Grześkiem). Drugie dnia już niczym Justyna Kowalczyk pokonywałem kolejne metry ośnieżonych terenów. Perfekcyjnie! Nie obyło się jednak bez wywrotek, które przy takiej pogodzie (około -2, bezwietrznie i bezchmurnie) nie były wielkim problem, a jedynie dostarczyło dużo śmiechu współtowarzyszom. Glebę zaliczył każdy…prędzej czy później:)

Po paru godzinach bez problemu wróciliśmy do naszego samochodu i Trondheim. Wyjazd do kabiny oceniam jako bardzo fajne doświadczenie. Może tym razem nie przeszliśmy jakiegoś wielkiego dystansu, czy nie zdobyliśmy jakiegoś imponującego szczytu, ale samo podróżowanie w nartach pośrodku niczego, z plecakami na plecach i płucami pełnymi świeżego powietrza miało swój niepowtarzalny klimat. POLECAM!

Tym razem nie miałem ze sobą swojego aparatu dlatego też jakość zdjęć może być trochę gorsza. (zdjęcia z opisami) Na wyprawę ruszyłem z czterema francuzami. Kuba z Natalią tym razem wybrał bardziej luksusową (z sauną) i łatwiej dostępna kabinę. Relacja zapewne już niedługo.

R