O podróżach słów kilka

A więc jako, że jestem w podróży – postanowiłem uczcić to wpisem. Zacznijmy od tego dlaczego w ogóle mogę to robić? Otóż, analizując norweską powszechność i dostępność internetu można odnieść wrażenie, iż życie bez niego uważa się tutaj za życie bez przysłowiowej ręki. Łatwość w dostępie do sieci Wi-Fi, na każdym dosłownie kroku, jest wprost powalająca. I tak, mogę stworzyć ten właśnie wpis, jadąc w środku dziczy, nierzadko 2-3m od skalnych ścian, w cichym i cieplutkim pociągu. Dodam, że nie jest to pociąg IC ani żaden inny dalekobieżny. Zwykły, lokalny pociąg, bez przesadnych wygód (w norweskim rozumieniu tego słowa), tzn indywidualne fotele, niektóre zwrócone w czwórkach do siebie ze stolikiem, inne w ustawieniu ‚autobusowym’, maszyna do zakupu ciepłych napojów, toalety, itp.

Wracając jeszcze na chwilę do dostępności internetu, należy wspomnieć o darmowej sieci Wi-Fi na lotnisku. I znowu, nieduże, kameralne wręcz lotniskio, z jednym terminalem (Oslo-Sandefjord-Torp) i darmowym autobusem, dowożącym pasażerów na stację kolejową. A wszystko oznakowane i aktualizowane po mistrzowsku. Kolejna zresztą rzecz, z której warto by wziąc przykład.

Jednak największym szokiem dnia dzisiejszego pozostaje bezprzewodowy internet w samolocie linii Norwegian (!). Ponoć pierwszy i jedyny taki w Europie na chwilę obecną (tak przynajmniej przewiźnik chwalił się w ulotce). Mimo, iż mam świadomość wszelakich zdobyczy technologicznych w dzisiejszych czasach – póki co nie wiem skąd i jak mają internet na pokładzie samlolotu. Była co prawda wzmianka o wysokości powyżej której usługa jest dostępna (10000 ft – około 3km) ale na chwilę obecną niewiele to zmienia w moim rozumieniu całej sprawy 😉

No cóż, pora wysiadać i do roboty!

 

Reklamy

Polowanie na zorze – Norwegia Wacława i Grześka (wpis gościnny)

Tekst posiada dwóch autorów (plus drobne korekty i komentarze Rafa). Tekst właściwy pisany normalną czcionką, komentarze od drugiego autora/komentatora kursywą.

Hej! Najwyższy czas na nasz gościnny wpis!

W: Ja(Wacław) wybrałem się z Grześkiem w odwiedziny Kuby i Rafała, żeby sprawdzić czy rzeczywiście jest tak fajnie jak piszą na blogu 🙂

W połowie wakacji, kupiliśmy okazyjnie bilety do Trondheim za 124 zł w obie strony, niestety lot był z Gdańska o 10.00, więc trzeba było zacząć podróż już dzień wcześniej, a mianowicie 19 września. W ten dzień, jeszcze jako młody ambitny geodeta ruszyłem do pracy… Zapowiadało się spokojnie, wytyczyć domek w Goleszowie i kabel światłowodowy do hali produkcyjnej. Pojechaliśmy na plac budowy, a tam nikogo! Z nadmiaru czasu postanowiliśmy wstępnie wytyczyć gdzie będzie stał dom, bo P. Projektant nie wysłała nam niestety żadnych wymiarów. Po czasie zjawił się właściciel, poinformował nas, że o 9.00 ma przyjechać Majster z projektem. Jak mówił tak też się stało. Przyszło kilku fachowców i zaczęliśmy zabijać ławice. Teren był bardzo nachylony i  jak widać na zamieszczonym filmie (Młody Geodeta) do pomocy zaciągnęliśmy naszego Rusa, czyli Ładę Nivę (nie gniotsa, nie lamiotsa). Oczywiście w trakcie musiało zacząć padać, a ja jedynie miałem ze sobą wydziałowy polar. Na szczęście obyło się bez przeziębienia. Potem już czas na pakowanie, obiad i jazda na dworzec. (Raf: w tym miejscu chciałbym bardzo podziękować Wacławowi za przybliżenie naszemu nieświadomemu społeczeństwu jak wygląda praca młodego geodety i z jakimi problemami musi się borykać!:P).

Pociąg ruszył planowo(!), 17.53 z Bielska. Z Grześkiem umówiłem się, że dołączy do mnie w Zawierciu. I tak mijała nasza długa podróż, ja rozwiązywałem krzyżówki, Grzesiek czytał książkę. Było chyba około godziny 2/3 w nocy, gdy zaproponowałem żeby się przespał nieco. Po 5 min wyskoczył jak oparzony i mówi: „Kur….” (Grzegorz: wypraszam sobie, chyba nikt kto mnie zna nie uwierzy że użyłem tak brzydkiego słowa:D ) „Nie mam biletu!” „Jak to?” „No był w drugim plecaku i zapomniałem go przełożyć.” Próbowałem uspokajać Grześka, ale nie za bardzo mi to wychodziło, szukaliśmy informacji na temat ile kosztuje wydrukowanie biletu na lotnisku i jak się okazało nie jest to tania przyjemność. Wizzair życzy sobie za tą usługę 68 zł.

Jest godzina 5.00, Gdańsk Główny, wszystko zamknięte, miasto śpi. Grzesiek pobiegł poszukać punktu wydruku, ale nawet on czynny jest od godziny 8.00. „Jaki plan? Jedziemy na lotnisko i drukujemy za 68zł, nie ma co ryzykować” Na wpół przytomni jedziemy autobusem (G: ja nawet mniej niż pół, bo już ponad okrągłą dobę nie spałem w związku z czym jak sobie przysiadłem w autobusie tak momentalnie usnąłem. Z tego kojącego stanu wyrwało mnie [zresztą dość skutecznie i definitywnie] hamowanie autobusu, które skończyło się guzem na czole zaraz na linii włosów wywołanym spotkaniem pierwszego stopnia z rurką.), po 30 min jesteśmy na miejscu. Tu przywołam słowa mojej koleżanki: „jakby co, to pamiętajcie: „DEPARTURES”.

Lotnisko prawie puste. Podchodzimy do tablicy odlotów i czytamy: „Lot opóźniony, godzina odlotu: 14.15”, aż nie mogliśmy uwierzyć:D (G: tu pojawia się uśmiechnięta minka Wacy mimo, że chcieliśmy pozdychać z nudów na tym lotnisku do tej 14.15). Pytamy się jednego gostka czy to co tam wyświetlają to pewna informacja, mówi że widocznie tak. To Grzesiek nie zastanawiając się zbytnio (G: zresztą jak zwykle) poszedł na autobus. (G: Wacy historia jest tu dość niepełna bo pomija moja pasjonującą podróż 2 autobusami i jednym tramwajem w korku i lekkiej panice, że się coś zmieni i mi samolot odleci [ryzykant]  całe szczęście dzięki pomocy „lokalnych” [zresztą bardzo ładna była ta lokalna] trafiłem na dworzec i …) wrócił z wydrukowanymi  w najwyższej rozdzielczości biletami :D.

Mijała już 20 (!) godzina podróży, a my dalej w Polsce 😀.

Przechodzimy odprawę i idziemy do Baltona na zakupy, moje zamówienie to 4 litry % dla Kuby( G: 16 złoty z Polskiej Mennicy Państwowej i byłem szczęśliwym posiadaczem 0,5 Żołądkowej Gorzkiej Czystej, żyć nie umierać, Raf: która swoją drogą została skonsumowana dopiero wczoraj. Smaczna.). Wszyscy już ustawiają się pod bramką, ale obsługa jeszcze nie wpuszcza. Nagle słyszę, że pani z obsługi mówi „max 1 sztuka bagażu”, widzę poruszenie wśród ludzi, wszyscy chowają torby z Baltona. A ja z moją wypchaną mięsem i „małym śpiworem” dla Rafa, myślę:  „Świetnie”, szybki telefon i Raf uspokaja (Raf: wiadomo…oaza spokoju) że jedną siatkę można wnieść, potem przechodzę kontrolę, nikt się nie doczepił;) Jednakże niektórzy przezorni zabezpieczyli się przed taką ewentualnością przemycając alkohol w ciele, sądzę jednak, że większość trafiła do głowy, czego wynikiem było ratowanie nagłej utraty równowagi przy pomocy stojącego nieopodal kosza na śmieci(zresztą bez większego powodzenia i ku ogólnej uciesze tłumu). (G: do nas nie, bo chyba każdy powie, że z Wacą wyglądamy jak wzorowi obywatele jednakże jedna pani musiała wsiąść do samolotu w 3-ech swetrach i 2-óch kurtkach).

Siedzimy już w samolocie, widać po twarzy Grześka, że jest podekscytowany (G: no teraz to pojechałeś bo bandzie bez pasów. Raf: Grzegorz…ja sam słyszę lekkie pomrukiwania w tle:P czyżbyś był przerażony?) . Ciężko to opisać słowami, dlatego załączam krótki filmik ze startu. (START)

Pogoda bardzo ładna, lecimy nad Gdańskiem, potem plaża i morze… i morze… (G: i morze ).

Widać ląd, jest Norwegia, ale zaraz tu wszędzie same lasy, rzeki, jeziora, a gdzie domy, ludzie? Widać tylko pojedyncze domki. W miarę zbliżania się do lotniska zabudowy przybywa. Wszystko wydaje się takie wyraźne, jakby ktoś szyby umył w trakcie lotu (G: tu potwierdzam w 100%, ale to raczej nie szyby tylko te domki wyglądały jakby ktoś je wczoraj odmalował. Normalnie każden jeden kolory jaskrawe jak świeżo z pod pędzla, a nie tak jak u nas 90% domów swój kolor pokazuje spod kilograma kurzu i ogólnej szarości).

Wysiadamy z samolotu, przechodzimy przez lotnisko i wsiadamy do autobusu, który ma nas zawieść do Trondheim. Pytam kierowcy gdzie wysiąść żeby dostać się do Perasunet?(Raf: nazwa osiedla na którym jest mój akademik). W odpowiedzi słyszę.. {dalaen hageby} (G: oczywiście jak usłyszeliśmy jak koleś zaczął szwargotać po tym ichszym to my z Wacą banan na jape, bo to taki język).  Patrzę na mapkę z przystankami i mniej więcej wiem. To jazda. Autobus full wypas, klimatyzacja, każde siedzenie ma swój pas bezpieczeństwa. Kierowca przez mikrofon opowiada po norwesku i angielsku. Wjeżdżamy na główną drogę i mamy pierwszy tunel.. ale coś nie kończy się (G: tu Waco troche jak Joda). Z Grześkiem patrzymy na siebie z niedowierzaniem. Przy wyjeździe oglądamy się za siebie i widzimy znak [ Tunel 4,7km ] Po drodze mijamy jeszcze dwa trochę mniejsze. Wysiadamy na naszym przystanku. Szybki telefon i Raf mówił nam gdzie trzeba przejść, żeby dojść do następnego przystanku, w co wsiąść i dlaczego żeby się nie zgubić. Dojeżdżamy do celu, Raf na nas czeka i drze łacha…z nas (R: dla starszych czytelników: „drzeć łacha=śmiać się”, poza tym przywitanie z uśmiechem na twarzy to nie wyśmiewanie!!! Widziałem ze po tak długiej podróży przyda wam się trochę uśmiechu z mojej strony). Oprowadza nas po swoim „szpitalu”, zostawiamy rzeczy i idziemy jeszcze na wieczorny spacer po mieście.

Grzegorz: W sumie to wiele się nie na zwiedzaliśmy, bo poszliśmy tylko do jakiegoś fortu nad zatokę i przeszliśmy po jakimś moście dzięki czemu do końca życia będę miał szczęście w miłości (czy jakoś tak 😀 Raf: tą miłość to sobie dodałeś…sorry). Mimo, że chodziliśmy tak krótko minęliśmy ze 20 pomników (wyolbrzymienie nr 1) Olafa Wielkiego (który był jakimś brutalem i mordercą, ale i tak zasłużył sobie na pomnik przy każdej ulicy (wyolbrzymienie nr 2)), natknęliśmy się na małe „graffiti” Legii Warszawa i strzeliliśmy sobie kilka fotek które idealnie wpasują się do mojego profilu na nk (wyolbrzymienie nr 3). Ze wszystkich rzeczy jakie zdążyliśmy zobaczyć jednak najbardziej zaciekawiło mnie to, że ludzie nie szczypią się tam z rzeczami takimi jak firanki w oknach, zasłony czy nawet płoty, można sobie podejść do okna które od ulicy czasem jest nawet 30 cm (zaznaczam żeby potem nie było że po cudzych podwórkach latałem) i zajrzeć (mimochodem 😀 ) jak pani leży sobie na kanapie i ogląda wieczorne wiadomości (Raf: To właśnie planujemy robić z Kubą w długie zimowe wieczory które nadchodzą wielkimi krokami…Już w następnym wpisie: „Ramówka telewizji norweskiej”!). W Polsce nie do pomyślenia, żeby ktoś taki otwarty tryb życia prowadził, wszystkich wszystko interesuje, od tego jak ktoś mieszka, aż po to jak często i pod jakim kątem się po dupie drapie (Raf: Grzegorz…bulwers nr 1). Powiem szczerze, że strasznie mi się to spodobało ale pewnie sam bym się tak nie odważył mieszkać i obstawiam, że dlatego w Polsce tak to wygląda :/ .

Piątek spędziliśmy już typowo na zwiedzaniu miasta. Zaczęliśmy od słynnego już Hogwartu, który faktycznie wygląda super, ale tak naprawdę jak się dłużej zastanowić to nasze AGH-owskie A0 też wygląda nieźle już nie mówiąc o budynkach UJ-tu (sam niewierze, że pochwaliłem UJ, będę się musiał wyspowiadać :/ ) . Ale nie sam Hogwart mnie zadziwił, bo według mojej skromnej opinii najfajniejsze są tam pozostałe budynki uczelni które przewyższają nasze C4 o głowę. Nowoczesne, pełne przestrzeni gdzie można siąść poczekać między zajęciami, pouczyć się, zaparzyć sobie herbaty, pogadać, widać, że ktoś je stworzył z myślą o tym żeby studenci czuli się tam jak najlepiej. Poza tym te budynki są po prostu ładne, połączenie materiałów budowlanych takich jak metal, drewno, beton i kamień zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Z uczelni udaliśmy się pod jakąś tam najsłynniejszą katedrę w Norwegii, która nie bardzo mnie interesowała (nie jarają mnie takie klimaty) ale fakt faktem trąciła historią i był to ładny obiekt. Chyba jednak z tego dnia najmilej wspomnę wejście na wieże widokową, z której widok był po prostu świetny, takie połączenie gór i morza daje naprawdę fajne efekty. Wieczorek spędziliśmy grając w opisaną już wcześniej przez Rafała grę „Bang!” tak, że nie będę się tu bardzo rozwodził nad tematem, wspomnę tylko, że było śmiesznie (chociaż nie udało mi się wygrać :/ ).

Sobota Toporka

Widziałem, że Rafał już ten wypad na Snøhette opisywał tak, że dodam tylko „kilka” słów komentarza, który wynika z tego, że Norwegia trochę mnie zadziwiła. Po pierwsze zero wandalizmu: widzieliście pewnie kabine na szczycie jakiejś górki, którą Rafał ma na zdjęciach, u nas nie maiła by prawa stać dłużej niż tydzień ( a przynajmniej w nienaruszonym stanie) bo zawsze znajdzie się debil jeden z drugim który stwierdzi, że ta drewniana ściana to się pewnie świetnie pali, te szyby to są tam w ogóle niepotrzebne a wyrycie w ścianie napisu „Legia Warszawa rozku**** system” jest świetnym pomysłem i świadczy o wysokim ilorazie inteligencji ryjącego i jego współziomków z bloku i zaprzyjaźnionych okolic (jeśli ktoś się ze mną nie zgadza to niech sobie przypomni lub się dowie co stało się z windą w Babilonie jakieś dwa tygodnie temu). Po drugie wszyscy tam szprechają po angielsku (wiem że szprycha się po niemiecku, ale zawsze tak mówię i nie będę się zmieniał 😀 ): pochodzi się do typa który ma 60 lat zadaje się pytanie, a on leci z odpowiedzią mniej lub bardziej poprawną stylistycznie, ale jednak! (szacun dla narodu). Po ostatnie ludzie są tam bardzo pomocni, nie zrozumcie mnie źle ludzie w Polsce też są bardzo pomocni i przyjaźni (przynajmniej w większości) za co bardzo lubię swoich współrodaków jednakże Norwedzy idą krok dalej nie tylko odpowiadają na zadawane pytania, ale próbują rozwiązywać twoje problemy sami oferują pomoc gdy masz niewyraźną minę zagubionego dziecka i ogólnie ja miałem odczucie, że starali się żebym ja jako turysta czuł się u nich dobrze i zobaczył jak najwięcej ich pięknego kraju (bo faktycznie jest piękny te góry i lasy tak się ładnie we wszystko wplatają, do tego stopnia wplatają, że można śmiało stwierdzić że cywilizacja musiała walczyć z naturą o każdy metr kwadratowy powierzchni wyrywając z gór olbrzymie części skał żeby zbudować głupią drogę a u nas autostrady na równej ziemi nie potrafią położyć dobrze :/ ). No i to w sumie tyle mojego „krótkiego” komentarza.

Sobota Wacy

Jako że problemy z moim kolanem nie pozwalały mi na zdobywanie Snøhetty musiałem pomyśleć nad alternatywą. Na szczęście Kuba został w Trondheim. Umówiliśmy się na 10 pod sklepem (R: ciekawie się zaczyna…ale pamiętajcie ze to Norwegia!!). Raf pożyczył mi rower. Trasa niedaleka, może 10 min drogi. W planie było wyjście nad jeziorko, które jest położone w malowniczym lesie. Zebraliśmy się grupą może 12 osób, każdy z innego kraju, były Niemki, Amerynkanki, Czech, i inni;).

Droga mijała przyjemnie, na wspólnych rozmowach, po 40 min byliśmy na miejscu. Widok był jak z pocztówki :D. Krystaliczna woda, wszędzie czysto, nie sposób zobaczyć śmieci jak to bywa u nas. Ekipa rozsiadła się na ławce na drugie śniadanie. Później z naszej strony padła propozycja obejścia jeziora i wdrapania się na pobliski „szczyt”. Obeszliśmy jezioro jeszcze wszyscy, niestety nikt już nam nie chciał towarzyszyć w dalszej wędrówce. Jak się później okaże może to i lepiej 😀 Mając podstawową mapę z zaznaczonymi szlakami poszliśmy w górę, droga była znośna. W Norwegii szlaki nie są oznaczane kolorami tak jak to u nas, jest tylko sam drogowskaz. Po wybraniu wg nas właściwej drogi okazało się, że zrobiliśmy tylko duże kółko, ale to nas nie zniechęciło:D Po paru wpadkach udało się! Niestety szczyt był cały zarośnięty i widoków na miasto nie było. Pokazało się za to kolejne jezioro, nad które chciał zajść Kuba, ja byłem sceptycznie do tego nastawiony, ale w końcu nie wiem kiedy znowu tu zawitam. Tym razem też nie obyło się bez błądzenia, szliśmy wielką szeroką ścieżką przygotowaną do utwardzenia chyba dla większych maszyn. Dalsza droga prowadziła przez mokradła przez duże M. Szliśmy przez wielką łąkę która była jak gąbka, za każdym krokiem buty w wodzie, nic nie dało wyjście wyżej, bo cały teren był podmokły. Uciekamy jak najszybciej z mokradeł, chwila dobrej i suchej ścieżki… ale nagle płot i pastwisko. Co robić? Przechodzimy przez płot, idziemy, rozglądając czy nie wyskoczy zaraz jakiś zwierz, czy właściciel. Ale było spokojnie, po przejściu droga skręca w dół. Tylko „co tu tak śmierdzi Kuba?” Okazało się że idziemy po odchodach zmieszanych z błotem… ale to też jakoś przeszliśmy, niestety smród był dosyć wyczuwalny, mycie trawą wiele nie pomogło 😉 Dochodzimy do głównej drogi nad jeziorem, udało się! 😀

No dobra, to teraz jak wrócić? Byle nie tą samą drogą. Niestety autobusy nie jeździły stamtąd do centrum (dlaczego mnie to nie dziwi?) Idziemy, próbujemy łapać stopa, ale nic z tego… Spotykamy 2 facetów, pytamy ich o najkrótszą drogę. Mówią nam że tu jest cała masa ścieżek i trzeba tylko wiedzieć w jakim kierunku iść. Super 😉 mniej więcej wiedzieliśmy gdzie iść, azymut obrany i jazda! Momentami widziałem nas już nocujących pod chmurką;) Bo dobraliśmy się jak ślepy z głuchym. Jakimś cudem, udało się nam skrócić drogę i doszliśmy do drogowskazu. Powiało optymizmem, ale słońce powoli zaczynało zachodzić. W ekspresowym tempie dotarliśmy nad jezioro  i potem do mieszkania Kuby. 

Kilka myśli po wycieczce? To mieć przy sobie choćby kompas, bo przy krętych ścieżkach łatwo się pogubić 😉

Niedziela.

Wacław: Po śniadaniu, pora na pakowanie, wszystko już mamy, a tu nagle, gdzie mój bilet? Wszystko przeszukaliśmy i nie ma go, „Super”, teraz ja zapłacę za drukowanie, Kuba poszedł  szukać czy ktoś nie ma drukarki, gdy nagle Grzesiek mówi, a sprawdzaliście torbę od Kuby (G: „dla” Kuby w woli ścisłości. R: „gwoli” tak w gwoli ścisłości 😛 Pozdrawiam, i spokojnie, wracam już niedługo to się zdarzycie jeszcze nauczyć:P), okazało się, że zostawiłem bilety między butelkami…(G: no trzeba przyznać, że ciągnie Wace do wódy. Pragnę jeszcze zauważyć, że Waco tak się ze mnie podśmiewywał wcześniej w pociągu, a sam odwalił podobną manianę i miał kisiel w majtach i jak tu nie wierzyć w karmę ). Potem szybko na autobus i na lotnisko.

Szybko to zleciało. Udało nam się dużo zwiedzić, poznać ciekawych ludzi, zobaczyć Norwegię na różne sposoby. Dziękujemy Rafałowi i Kubie za gościnę (G:potwierdzam, pełna profeska w przyjmowaniu gości i organizowaniu czasu polecam biuro podróży „Raf and Jackob travel”).

Pozdro 600! (z WWA ludzie są).

Persaunet Base Camp

Kilka postów temu, zaraz po przeprowadzce i jeszcze z działającego komputerem Kuba prezentował swój akademik…opływające w luksusy mieszkanko na „Steinan Studentby”. Ja jakoś nie miałem okazji przedstawić swojego miejsca zamieszkania, a z racji ciekawych wydarzeń które mają ostatnio tutaj miejsce wypada napisać prę słów. A jest to na swój sposób miejsce magiczne:) !

Persaunet, taką nosi nazwę (prawdopodobnie od dzielnicy, w której jest położony). Kiedyś spełniał rolę…szpitala. Z tego powodu pokoje są przestrzenne, jednak białe ściany trochę odstraszają. Z racji dawnej funkcji w pokojach są umywali, ale i różnie inne dziwne rzeczy jak choćby alarm wzywający pielęgniarki…niestety nie działa. O pokoju tyle, bo tak na prawdę jest najmniej ciekawy. Ważne, że jest cicho i w miarę ciepło. Kuchnia-bardzo dobrze wyposażona w wszelkie sztućce, garnki, widelce a także profesjonalny zmywak i zmywarkę. Myślę ze po 4 miesiącach będę w pełni wykwalifikowanym kandydatem na zmywak w jednej z angielskich restauracji:). Najciekawszy jest jednak tzw. „comon room” czyli pokój dzienny z balkonem, w którym tak na prawdę rozgrywa się całe życie towarzyskie ale i naukowe (z racji na bardzo niskie i niewygodne stoły w pokojach). Tam właśnie jemy, rozmawiamy, rozwiązujemy zadania czy gramy w gry. Te ostatnie są niezłym hitem:). Dostępne za darmo w recepcji gry planszowe dostarczają nam nie mało rozrywki, ale i zapewniają dobrą integrację. Dodatkowym atutem pokoju wspólnego jest piękny widok. Z resztą taki sam widok jest w kuchni. W połączeniu ze pobudką o 7 rano można otrzymać: przygotowywanie i spożywanie śniadania podczas pięknego wschodu słońca nad wzgórzami miasta (z racji tego że akademik znajduje się w jednym z wyższych miejsc Trondheim, widok jest nieziemski).

Ciekawostką są też dziwne rzeczy pojawiające się na naszym piętrze…jednego dnia po przebudzeniu w okolicach kuchni zauważyłem…SEJF! Waży on tyle, że sam nie jestem wstanie go nawet przesunąć o przenoszeniu nie mówiąc…swoją droga sejfy chyba mają taką funkcje żeby nie dało się ich przenosić?:P Tak czy inaczej nie mam pojęcia jak on się tam znalazł. Jest też pianino (po miesiącu niektóre grane w o kółko melodie zaczynają się trochę nudzić mimo początkowego „WOW!”), a dzisiaj pojawił się stół do ping ponga….nie wiem skąd chłopaki z Belgii go wykombinowali, ale ostatnio „pożyczony” stół z piłkarzykami nie pobył u nas zbyt długo:D Osobiście odpowiadam już za złamanie jednej paletki…ponieważ z racji małej przyczepności mojego obuwia (klapek basenowych) musiałem się podeprzeć podczas wykonywania jednego z padów (tak pady również są możliwe podczas gry w pin ponga). Niestety nie wytrzymała.

Opis toalet może jednak pominę:).

O dziwo w weekendy Persaunet się całkowicie wyludnia. Wszyscy wyruszają na wycieczki. Może dlatego przez niektórych nazywany jest „Persaunet Base Camp”, czyli baza wypadowa, w której tylko przeczekuje się czas do kolejnej weekendowej wyprawy.

O ludziach mieszkających w akademiku, a reprezentujących szeroki wachlarz narodowości, a co za tym idzie zachowań, może innym razem.

Kilka słów o cenach+bonus.

Jest drogo, to nie podlega dyskusji, ale do przeżycia. Minął miesiąc, a my nadal wyglądamy dość dobrze:D Znacznego ubytku kilogramów nie zaobserwowałem. Moim zdaniem ceny jedzenia trzeba podzielić na dwie kategorie:

a) jedzenie przygotowywane w domu

b) gotowe jedzenie kupowane na mieście

Jeśli chodzi o pierwsze z nich to da się zjeść obiad nawet w okolicach 10-12 zł, korzystając z licznych promocji w sklepach i produktów z „niższych półek”. Cena makaronu raczej nie odbiega od polskiej, podobnie rzecz ma się z różnego rodzaju sosami, ryżem, czy nawet mięsem mielonym, na które jednak trzeba uważać bo bardzo szybko się psuje. Jednym zdaniem: „Do przeżycia”! Ceny chleba różnie, od 4 zł do 13 zł, w zależności od jakości (o dziwo wyższa cena nie zawsze oznacza wyższą jakość, naszym zdaniem).

Jeśli chodzi o jedzenie na uczelni i na mieście sprawa ma się trochę gorzej. Na uczelni (która raczej uważana jest za tanie miejsce spożycia posiłku) można kupić na prawde sporo. Są kawiarnie, automaty i normalne stołówki. My najczęściej kupujemy kawę (5.70 zł za duży kubek) rzadziej jakiś obiad (24zł-56zł): makaron, ryba lub kurczak. Chociaż też można trafić na ciekawe promocje. Na przykład w piątek po południu jest tzw. „otwarty bufet” podczas, którego za 35zł można zjeść tyle ile uda Ci się włożyć na talerz, wiem że ok 35 zł to sporo, ale tutaj jest to na prawdę niezła okazja.  Miasto to inna bajka, bo poniżej 70zł raczej trudno zjeść cokolwiek, np. w cenie polskiego kebaba tutaj to co najwyżej napój 0.4l kupicie 😛 a sam kebab to wydatek około 150 NOK czyli jakieś 80zł. Wypada tez wspomnieć o IKEI, ktora w Polsce daje mozliwosc zjedzenia taniego posiłku, tutaj poniżej 50zł zejść nie sposób (wersja podstawowa).

Dla mnie ciekawosta sa odżywki dla sportowców, które w sklepie maja swoje miejsce zaraz przy kasa, obok brukowców:D, zamiast Snickersów:P
Piwo w klubie nie dość ze małe i niskoprocentowe to tez zaczyna się od 20zł (promocja studencka). No i za 3 piwka mozna miec wodke z cola 😉 Jeśli chodzi o inne rzeczy to benzyna jakieś 8 zł za litr, ogólnie cała komunikacja miejska niesamowicie droga, bilet 24h w cenie miesięcznego krakowskiego. Im dłużej chcemy jeździć tym taniej, miesięczny bilet ok. 50 euro.

Dla ciekawskich ceny różnorakich produktów spożywczych:
mleko 1l – 8zl
banany 1kg – 5-10zl
cytryna – 2szt 4 zl
najtansze wino – 0,7 60 zl
wodka 1l – 280zl
papierosy – paczka Marlboro 50zl
ziemniak – 1kg 10zl

Norwegowie sami przyznają ze jest u nich drogo, ale przy ich zarobkach i racjonalnym gospodarowaniu pieniędzmi (nigdzie nie widać jakiej rozrzutności) w/w ceny to raczej nie problem. Wystarczy wyobrazic sobie ze zarabiasz 10 razy więcej niż teraz, czy powyższe ceny wciaż wygladaja strasznie? 😉

Na koniec mały bonus, a mianowicie krótkie nagranie z wykładu Geomatics: Specialization Course: GPS Satellite System prowadzonego przez irańskiego wykładowcę: Hossein Nahavandchi. Enjoy!

http://w947.wrzuta.pl/audio/3uzWVlwA6eh/wyklad_gps

R&K

NTNU – Europejska Uczelnia

Wyprawa do Norwegii na studia od początku obfitowała w obawy i nadzieje. Nie wszystkie, jak zdążyłem zauważyć, mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jednak poziom kształcenia i organizacji to coś co zdecydowanie trzeba oddać Norwegom – znają się na rzeczy. Wielu ludzi zapewne powiedziałoby, że to przez to, że mają pieniądze. Fakt, biedni nie są, ale nie są też absolutnie rozrzutni. A co do organizacji uczelni zdają się tutaj działać, niejako w symbiozie, pieniądze wraz z drugim niezbędnym czynnikiem – pomysłem.

Pierwsza rzecz, o której należy wspomnieć to brak narzuconego odgórnie planu studiów. Każdy sobie sam wybiera przedmioty, jest pełna dowolność. Jeśli chcemy się specjalizować w konkretnej gałęzi przemysłu – po prostu wybieramy sobie przedmioty, które nas interesują i sprawią, że będziemy specjalistą w danej dziedzinie. Jest to swoisty przesiew na wejściu, coś co w niejednej instytucji by się przydało (…) i sprawia, że istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że wszyscy studenci po ukończeniu studiów na danym wydziale wiedzieć będą mniej więcej to samo, czyli wszystko i nic. Natomiast, specjalizując się w konkretach jesteśmy też w stanie od razu sprecyzować odpowiedź na pytanie „Czy Pan to umie?”, które prawdopodobnie usłyszymy na rozmowie o prace. Odpowiemy „tak, w tym się specjalizuję” albo „nie, nie miałem z tym nic wspólnego przez cały okres nauki” zamiast „no może gdzieś tam kiedyś na ‚x’ semestrze liznąłem ten temat ale za bardzo już nie pamiętam”, w najgorszym wypadku udzielając tej odpowiedzi na wszystkie pytania zadane przez potencjalnego pracodawcę. Stawia się więc tutaj na konkretne umiejętności, a nie na tzw. papier, czyli coś co może 20 lat temu było ich wyznacznikiem.

Idźmy dalej. Stawiamy na umiejętności, a więc również na odpowiednią kadrę: wykwalifikowaną i zmotywowaną do przekazywania wiedzy. I przede wszystkim do tego, a nie okazywania studentom sympatii i antypatii, ciągłego wywyższania się, wyrzucania studentów z gabinetu gdy mają pytanie tymi słowy „Proszę przyjść w godzinach konsultacji, teraz nie mam czasu” czy w ogólności prowadzenia zajęć dla samego ich prowadzenia. Podobne sytuacje moze i nie sa codziennoscia w naszym kraju, ale jakby nie patrzec, zdarzaja sie i na dlugo zapadaja w pamiec.

Tutaj każdy prowadzący zawsze ma czas, podczas obcowania z nami czuć szczerą chęć pomocy i udzielenia rady, nie rozmawia się przez „Pan” bo nikt tutaj wielkim panem nie jest i się nim nie czuje, bez względu na to jaki ma tytuł naukowy, rozmowę prowadzi się na „ty” (serdecznie pozdrowienia dla Agnieszki Malinowskiej). Sposób ten sam w sobie zachęca do wnikliwego drążenia tematów, zadawania pytań, wymiany zdań i uwag. A przede wszystkim pojawienia się w gabinecie prowadzącego w każdej sprawie, bez zbędnego oporu czy strachu. Raz nawet prowadzący osobiście zaprowadził mnie do odległego budynku, na samym początku gdy jeszcze nie znałem kampusu, żebym na pewno trafił. Mimo, iż nie miał po drodze…

Dorzućmy do tego zajęcia w małych grupach, wykłady w salach ćwiczeniowych, gdyż większych nie potrzeba (nasza największa grupa liczy około 30 osób, najmniejsza 6), zajęcia ze sprzętem o osobnych godzinach (aby każdy miał okazję przekonać się jak go używać), poza normowanym czasem zajęć teoretycznych. Na uwagę zasługuje również czas zajęć, maksymalnie 45 minut bez przerwy, 15 minut odpoczynku przed każdym następnym blokiem. Naprawdę działa, bez problemu wytrzymuje się w skupieniu 3-godzinne zajęcia.

Kolejną ciekawą rzeczą jest ogólnouczelniany  system internetowy IT’S LEARNING, w którym każdy student ma prywatne konto i zakładki przypisane do konkretnych przedmiotów. Prowadzący zamieszczają tam informacje o zmianie terminów zajęć teoretycznych, terminów ćwiczeń, materiały z zajęć w formie elektronicznej oraz zadania do samodzielnego wykonania, a także wszelkie inne potrzebne informacje. Taka alternatywa dla grupowego maila…

Można jeszcze wspomnieć o ogólnodostępnych komputerach dla każdego, w ilości ‚nigdy nie zabraknie’ oraz kserokopiarkach z możliwością darmowego drukowania i skanowania, a także bezpośredniego przesyłania na pocztę internetową zeskanowanych obrazów, internecie bezprzewodowym o pełnym zasięgu w każdym miejscu kampusu, darmowej kawie, herbacie w odpowiednich punktach na uczelni, ogólnodostępnych kuchenkach mikrofalowych w tych punktach oraz zapewne setkach innych rzeczy, których jeszcze nie dane było nam poznać 🙂

All in all, NTNU jest uczelnią godną polecenia każdemu, który szuka w swojej karierze studenta czegoś ‚lepiej’ i ‚więcej’, jeśli tylko nie przeszkadza mu zimny klimat…

K

Transport rowerowy

Jest to bardzo popularny sposób transportu w Trondheim, prawdopodobnie również w całym kraju. Poza oczywistą zaletą bycia ekologicznym jest bardzo tani i – ku naszemu zdumieniu – charakteryzujący się dużą dostępnością bez względu na posiadane fundusze. Już pierwszego dnia spotkaliśmy dwóch kolegów naszej narodowości, którzy dali nam ciekawą radę: „nie kupujcie roweru, bardzo łatwo można je znaleźć na poboczu lub w krzakach”. Zabrzmiało to co najmniej dziwnie ale podczas kolejnych kilku spotkań z obcokrajowcami potwierdziło się. No i miało pokrycie w faktach. Ktokolwiek miał rower okazało się że znaleźny. Jak to możliwe? Norwegia to kraj w którym nikt nie kradnie więc przypinanie rowerów też nie jest specjalnie popularne. A powinno być. Gdyż młodzi Norwegowie, nadzwyczaj gustujący w napojach wyskokowych (jeśli już zdecydują się je kupić gdyż są naprawdę drogie) szukają po udanej zabawie sposobu na szybki transport do domu. Toteż jeśli zauważą jakiś sposób (rower) po prostu wsiadają na niego, jadą dokąd im pasuje i rzucają gdzie popadnie po udanej przejażdżce.
Tym sposobem jednej (wczorajszej) pięknej sobotniej nocy stałem się właścicielem całkiem sprawnego dwukołowego śmigacza z rodzaju „miejski holenderski”, bez przerzutek, z hamulcem typu „kontra” oraz lekko naderwanym koszykiem na zakupy. Posiada również miejsce dla pasażera, chociaż mój pierwszy pasażer – Raf stwierdził, że nie jest ono pierwsza klasa. Ważne, że jeździ. A co ważniejsze, mam nadzieję że wciąż stoi tam gdzie go wczoraj zostawiłem…
K