Epilog

No więc zakończmy historę jak należy… 😉

Wszystko czego doświadczyłem, jak również Rafał – możecie przeczytać w poprzednich postach, więc nie będę się powtarzał. Postaram się jednak gwoli podsumowania uprzedzić kolejne z pytań podobnej treści, które już kilkakrotnie podczas rozmowy ze znajomymi w Polsce padało:

„Jak myślisz czy ja mam szanse wyjechać do Norwegii i na co muszę się przygotować?”

Tak, masz szanse, masz duże szanse i przede wszystkim przestań słuchać ludzi, którzy twierdzą inaczej. Norwegia to kraj, w którym brakuje ludzi do pracy, szczególnie tych wykształconych. Z mojego doświadczenia, mimo, iż na poziom edukacji w Polsce się narzeka, minimalna doza zainteresowania tematem i determinacji wystarczy, aby próbować tutaj swoich sił. No i oczywiście inicyatywa i zaangażowanie jak już się za coś zabierzemy – niesamowicie cenione wartości w tym kraju. Wszystko co mówię jest oczywiście na temat branży technologicznej i inżynierskiej, do której sam należę.

Trzeba posługiwać się przyzwoicie językiem obcym, zazwyczaj jest to angielski, bo norweski rzadko kto potrafi w Polsce, a byłby to niesamowity plus. A więc angielski, a przyzwoicie znaczy swobodnie rozmawiam i rozumiem, gdyż wstępne rozmowy kwalifikacyjne często przeprowadza się przez Skype.

Nie można jechać z pustymi rękami, a właściwie kieszeniami. Norwegia to obecnie najbogatszy i jeden z najdroższych krajów na świecie. Aby z tego skorzystać trzeba najpierw zainwestować – dość oczywiste, ale nie dla wszystkich. A więc bilet lotniczy+1000zł to zdecydowanie zbyt mało przy cenach (w porównaniu do polskich) mnożonych przez 6 lub więcej.

Konieczna jest również zmiana kulturowa, zmiana myślenia. W Norwegii biurokracja jest ograniczona do minimum, a tym samym nie ma tutaj korupcji. Nie da się tutaj niczego poważniejszego „załatwić” ani „przepchnąć”. Ludzie są bardzo uczciwi, odnoszą się do siebie na wzajem, jak również do obcokrajowców, bardzo przyjaźnie i z szacunkiem, nie znają nieuczciwości i kradzieży. Tym samym podobne predyspozycje nie są tutaj żadnym atutem, mogą jedynie „podkopać” Twój autorytet.

I na koniec rada od wujka Kuby. Jeśli uważasz, że jesteś dobry i nie masz pracy, lub praca, którą posiadasz nie jest satysfakcjonująca i nie daje możliwości samorealizacji i rozwoju – zrób coś pożytecznego na swoim lapku. Poświęć godzinę na znalezienie chociaż kilku norweskich firm ze swojej branży, znajdź odpowiedni dział HR lub podobną osobę do kontaktu i wyślij krótkiego maila: kim jesteś i co chcesz robić. Możesz się bardzo pozytywnie zaskoczyć, tak jak i ja wielokrotnie w przeszłości i po dziś dzień. Powodzenia!

K

PS

Jeśli wciąż masz jakieś wątpliwości, pewne rzeczy są niejasne lub po prostu masz ochotę pogadać osobiście – jestem do dyspozycji. Wyślij mi maila na: kubaspi@wp.pl, możemy się też umowić na Skype. Do usłyszenia!

Reklamy

Ostatni erasmusowy ‚Voyage’

Stało się! Pojechaliśmy i wróciliśmy 😀 I nawet wpis robię, szybko, gdyż z dnia na dzień co raz mniej zostanie w pamięci 😉 A więc bez zbędnych ceregieli…

Skład i podział obowiązków:

Kuba – samochód, noclegi, plan podróży, kierowca, inicjator
Monika – atrakcje po drodze i na miejscu, tłumacz w sytuacjach ostatecznych
Sabina – pożywienie
Julia – pilot, bard

Jak można zauważyć skład typowo Polski. Nie mogę oczywiście pominąć kompanów z drugiego samochodu, również Polaków, Iwony, Piotrka, Roberta oraz Teresy. Część drogi przejechaliśmy wspólnie oraz spędziliśmy razem jeden wieczór i noc – w Geiranger.

Dzień 1, 3.05 Piątek
Wyruszyliśmy z Trondheim planowo, po wspólnej kawce i zapoznaniu z przyjezdną częścią ekipy (drugi samochód) około 10:30. Skierowaliśmy się na południe dobrze znaną wszystkim wtajemniczonym drogą E6 lecz już po kilkunastu minutach odbiliśmy na zachód w kierunku Orkanger. Kontynuowaliśmy jazdę drogą E39, która przez większość czasu malowniczo wiła się wzdłuż fiordu, dochodząc ostatecznie do pierwszego tego dnia promu. Samochód z 4 osobami na pokładzie to koszt ok. 200NOK. Podróż nie trwała długo, po 20 minutach już zjeżdżaliśmy z promu kierując się drogą nr 70 na północ do Kristiansund. Zaraz za miastem zaczyna się dorga nr 64, biegnąca na południowy zachód wzdłuż wybrzeża Morza Norweskiego, zawierająca w sobie najciekawszy punkt pierwszego dnia – Atlantic Road. Ten fragment podróży zaczął się dość spektakularnie, przejazdem przez sporej długości tunel przebiegający pod wspomnianym morzem z dość ostrym spadem i wsniosem. Zaraz po wyjeździe z tunelu natykamy się na bramki, w których uiszczamy opłatę za wjazd na Atlantic Road – po raz kolejny ok. 200NOK. Po kilkunastu minutach wjeżdżamy na upragnioną słynną drogę (między Karvag a Vevang na mapce poniżej). Sama droga ma nieco ponad 8km długości i składa się z imponujących rozmachem i kształtem mostów oraz nasypów drogowych, stowrzonych w tak nieprzystępnym środowisku jak archipelag bardzo rozdrobnionych wysepek. Jedną ze słynnych atrakcji, której niestety nie dane było nam poznać, jest przejazd przez Atlantic Road podczas sztormu, kiedy to potężne bałwany przelewają się przez drogę i jadące przez nią samochody! Pogoda nie była idealna, było pochmurno ale też nie padało. Udało się nam zrobić kilka przystanków na podziwianie widoków oraz drugie śniadanie. Po zjeździe z właściwego odcinka Atlantic Road skierowaliśmy się w kierunku Bud – spektakulatnie wysuniętej w morze osady z niesamowitym widokiem rozciągającym się w 3 strony świata. I co najważniejsze – zaświeciło Słońce! Tym samym mogliśmy podziwiać niesamowitą kreatywność procesów geologicznych oraz działalności niszczącej wody. Po tym elektryzującym doświadczeniu rozstaliśmy się z drugim samochodem, aby ponownie spotkać się nazajutrz w Geiranger. Skierowaliśmy się do Molde, nadmorskiego miasteczka, z którego odpływał nasz kolejny prom. Zdecydowaliśmy się zobaczyć centrum miasta, co było błędem z 2 powodów: oberwania chmury oraz braku interesujących miejsc. Na domiar złego przegapiliśmy nasz promo (dosłownie) sekundy, skończyło się zatem na kolejnych 40 minutach spędzonych w samochodzie przy wjeździe na prom. Godzina była późna, prom odpływał o 20:30 a nas czekała jeszcze godzina drogi do miejsca pierwszego noclegu – hostelu w Alesund. Humory nas jednak nie opuszczały, a czas umilały dyskusje na wiele kontrowersyjnych tematów 😉 Po dotarciu na kwaterę czekała na nas miła niespodzianka – dziewczyna z recepcji była Polką. Dostaliśmy zatem lepszy (bo prywatny) pokój oraz mnóstwo informacji o mieście i możliwościach kontynuowania podróży dnia następnego. Po szybkiej kolacji (kuchnie zamykano ze względu na potencjalną aktywację alarmu pożarowego o 23:00) stwierdziliśmy, że musimy zobaczyć miasto nocą. Zabraliśmy zatem napoje i gitarę i ruszyliśmy do doków. Po tym jak dałem sie odwieźć od pomysłu abordażu na sporych rozmiarów kuter rybacki zdobyliśmy drewniane palety i zrobiliśmy sobie piknik z graniem pod pobliskim magazynem. Po powrocie w okolicach godziny 2:00 czekał nas krótki sen, jako że kolejny dzień zapowiadał się nie mniej interesująco.

Dzień 2, 4.05 Sobota
Dzień należy zaczynać od pożywnego śniadanka. Wyobraźcie sobie nasze zdziwnienie, gdy odkryliśmy, że najtańsza opcja noclegu ze śniadaniem takie właśnie zawiera! Było bardziej hotelowo niż hostelowo. Nie będę się rozwodził bo to nie jest blog o jedzeniu 😛 powiem tylko tyle: będąc w Norwegii dopiero po raz drugi (pierwszy raz był właśnie w hotelu) miałem tak wspaniały i duży wybór na śniadanie. Pokrzepieni poranną strawą ruszyliśmy na znajdujący się nieopodal punkt widokowy. Pogoda nas nie rozpieszczała ale nie było deszczu a podczas wspinaczki zawsze jest ciepło. Po zrobieniu odpowiedniej ilości zdjęć zjechaliśmy do centrum aby podziwiać nabrzeże portowe oraz architekturę tego miasta. Zrobiliśmy również zakupy na resztę dnia i udaliśmy się w kierunku miasta Stryn – punktu wypadowego pod lodowiec Kjenndalsbreen. Należy tutaj zaznaczyć, że ten dzień miał bardzo precyzyjnie określony rozkład czasowy, gdyż mieliśmy zakupiony bilet na prom z Hellesylt do Geiranger na godzinę 18.30, a był to ostatni prom tego dnia i jedyna w zasięgu droga przed nastaniem nocy (niektóre wciąż są zamknięte z powodu utrzymującego się w górach śniegu). Ruszyliśmy zatem wartko w kierunku Stryn, podziwiając po drodze Geirangerfjord z biegnącej ponad nim drogi nr 60. Do Stryn dojechaliśmy planowo, jednak ze względu na sobotę informacja turystyczna była zamknięta. Upewniliśmy się zatem na stacji benzynowej, że droga na lodowiec jest otwarta i ruszyliśmy w jej stronę. Okazała się ona być jednopasmową, bardzo krętą trasą, ograniczonej z jednej strony pionową skałą a z drugiej sporej wysokości skarpą i kilkoma głazami zabezpieczającymi przed wypadnięciem z drogi. Jak już wspominałem nie było czasu do stracenia, obudziłem więc w sobie Roberta Kubicę i (dodam, że z niesamowitą frajdą!) zaczęlśmy pokonywać wąskie zakręty. Droga musiała zostać otwarta bardzo niedawno, gdyż byliśmy jedynymi tego dnia na trasie, co sprzyjało spełnieniem wyśrubowanych norm czasowych. Mimo tego, jak również z powodu, iż droga w części okazała się szutrowo-skalista, po dojechaniu do ostatniego parkingu ruszyliśmy biegem w stronę lodowca, aby podziwiać niebieskie fragmenty lodu z najbliższej możliwej odległości. Niestety czas nie stał w miejscu a my mieliśmy jeszcze prom do złapania! Z nieukrywanym żalem zmusiłem ekipę do powrotu do samochodu i udaliśmy się w drogę powrotną. Po wyjechaniu z między skał i złapaniu sygnału przez GPS przeszedł mnie dreszcz strachu… wyliczony czas przejazdu dawał nam jedynie 8 minut zapasu nad czasem odpłynięcia promu… Nie byłem w stanie nic na to poradzić, ruszyliśmy więc w drogę powrotną z nadzieją, że uda się nadrobić kilka minut. Tak się też stało. Przybyliśmy w samą porę i zaczęliśmy najdłuższy rejs promem podczas naszej wyprawy. Sama jednostka pływająca była – ku naszemu zdumieniu – niewielka, być może wymóg niskiego sezonu. Wszelkie udogodnienia, jak na Norwegię przystało, jednak były: ogrzewana kabina z widokiem przez duże okna, bar, taras widokowy. Niestety pogoda tego popołudnia była zdecydowanie najgorsza podczas całej wycieczki. Zerwał się niesamowity wiatr oraz deszcz, poza kilkoma zdjęciami na tarasie spędziliśmy ponad godzinną podróż pod dachem. Aura nie sprzyjała również spektakularnym widokom. Dodając do tego wciąż nieczynny (zamarznięty) Wodospad 7 Sióstr – największą atrakcję Geirangerfjord- rejs ten odbiegał znacząco od naszych oczekiwań. Musieliśmy oddać hołd naturze stwierdzając jednoznacznie – w tym regionie o tej porze roku wciąż panuje zima! Potwierdził to również gospodarz naszego kampingu, z przeprosinami oferując nam 3 mniejsze domki zamiast 2 większych z powodu wciąż zamarzniętych rur z wodą! Wieczór zakończyliśmy standardową kampingową kolacją – makaronem z sosem, oraz biesiadą w towarzystwie znajomych z drugiego samochodu, którzy dotarli na miejsce przed nami jadąc od strony drogi północnej. Mimo, że pogoda nie była idealna – z naszych domków rozciągał się wspaniały widok na góry oraz sam fiord, ciesząc nasze oczy i w 100% zaspokajając nasze oczekiwania.

Dzień 3, 5.05 Niedziela
Dzień w którym pozwoliliśmy sobie (szczególnie ja) dłużej pospać, głownie ze względu na długą trasę powrotną tego dnia oraz fakt braku chętnych na większą górską wyprawę. Wstawanie, śniadanie, oraz pakowanie zajęło nam większość przedpołudnia. Zdecydowaliśmy się na podjechanie w kierunku zamkniętej drogi, aby zobaczyć czy uda nam się przejechać chociaż kawałek. Niestety była zablokowana na bardzo wczesnym etapie. Pozostały nam zatem malowniczo usytuowane punkty widokowe wzdłuż głownej drogi oraz krótki górski spacer po skałkach do nieco wyżej położonego punktu widokowego. Ku naszej radości zaświeciło Słońce! Dzień był naprawdę bardzo ciepły i przyjemny, zatem na szlak wybraliśmy się bardzo lekko ubrani. Sam punkt widokowy, mimo iż położony dużo niżej od otaczających szczytów, w połączeniu z promieniami południowego Słońca oraz usytuowaniem na skraju przepaści całkowicie nas usatysfakcjonował. Po zejściu oraz zjechaniu do głównej części miasteczka zjedliśmy szybki lunch w okolicach muzeum historii fiordu oraz skierowaliśmy się na północ z zamiarem powrotu do Trondheim. Czekał nas jeszcze jeden ciekawy punkt tego dnia, fragment drogi powrotnej zwany Eagle Road, z wieloma serpentynami i szczytowym punktem widokowym z przepięknym widokiem na dalszą część fiordu oraz wspomniany wcześniej wodospad 7 sióstr. Po małej sesji zdjęciowej rozpoczęliśmy powrót, oddalając się od Geirangerfjord w kierunku północnym. Niewiele później czekał nas ostatni prom tej wyprawy, jako że zdecydowaliśmy się wracać inną drogą – przez sam środek kraju główną trasą samochodową E6. Mimo, iż byliśmy na taką ewentualność przygotowani zawiódł nas fakt, iż słynna Droga Trolli (samochodowy szlak górski, jedna z największych atrakcji turystycznych regionu) była wciąz zamknięta po zimie. Zmuszeni byliśmy zatem okrążyć górę zamiast przejechać przez jej środek. Szkoda. Następnym razem 🙂 Po około 6 godzinach podróży dotarliśmy zadowoleni i bez szkody do naszej studenckiej wioski Moholt w Trondheim.

Kilka słów podsumowania… Plan zrealizowaliśmy, udało nam się zobaczyć wszystko co chcieliśmy. Na pogodę nie mieliśmy wpływu, można jednak mieć wpływ na porę roku, w której planowałbyś się, Drogi Czytelniku, w podobną trasę wybrać. Na pewno dużym ułatwieniem byłoby otwarcie wszystkich dróg, z których nie mogliśmy skorzystać tym razem. Plusem na pewno był natomiast fakt, że nie było tłoczno. Sezon na podobne przygody w Norwegii dopiero się zaczyna, część campingów wciąż była zamknięta, da się jednak znaleźć noclegi, czy to wśród hostelów, campingów i pensjonatów, czy to – jak zrobili nasi znajomi – przez Couchsufring.

Subiektywnie podobny kierunek jak również region polecam, można dużo zobaczyć w 3 dni, a przejechanie – nawet z jednym kierowcą – 1100km – nie powinno sprawić trudności.

K

ZDJĘCIA PONIŻEJ 🙂

DZIEŃ 1 <-KLIKNIJ!
DZIEŃ 2 <-KLIKNIJ!
DZIEŃ 3 <-KLIKNIJ!

mountains...

Zapowiedź..

Ależ była przerwa w pisaniu! Możecie mnie za to zlinczować 😀 Ale w końcu się zebrałem, narazie jedynie do zapowiedzi. A więc zapowiada się ostatnia moja wyprawa podczas pobytu w Trondheim (tak, tak, to już jedynie miesiąc do powrotu! Nie na długo co prawda ale o tym również wkrótce ;). W całości polski skład – może i brzmi dosyć niespodziewanie ale jest to zdecydowanie powód do radości: będzie extra impreza! xD

 

A więc 2 samochody, 8 osób, i jako przedsmak kilka słów kluczowych: fiordy! Atlantic Road! promy! lodowce! góry! speklatularne wioki! ponad 1000km w 3 dni!

Więcej już wkrótce a trochę podpowiedzi znajdziecie na poniższej mapce 😉

 

 

K

Tu i tam…

Tak się sympatycznie złożyło, że w trzecim tygodniu lutego, wręcz w dzień powrotu z Oslo, miałem bardzo przyjemną wizytację 🙂 Z tej też okazji postanowiłem zadbać o jakieś atrakcje.

Norwegia jest krajem narciarstwa biegowego. Szczerze, można to odczuć na każdym kroku. Dodając do tego szczególną dbałość państwa o zdrowie, a tym samym sportową aktywność swoich obywateli, jak również i przyjezdnych, było wręcz oczywistym, że uda się mi znaleźć jakieś możliwości, związane z transportem do okolicznych parków narodowych. Tak się też stało. Jednym z bardziej popularnych kierunków w okolicach Trondheim jest – wielokrotnie wcześniej wspominany – park narodowy Bymarka, słynący z niesamowitej ilości, w części oświetlonych tras biegowych. Można się tam dostać darmowym (dla zrzeszonych w NTNUI, dla pozostałych 40 NOK) autobusem 2 razy w tygodniu (wtorek, środa) oraz również w weekend. Większość (śmiało można rzec, że 95%) chętnych to oczywiście narciarze biegowi, mniej lub bardziej profesjonalni. My zdecydowaliśmy się wybrać w celach trekkingowo-rekreacyjnych, jak również obiadowych, jako, że w miejscu, do którego kursuje autobus znajduje się jedna z uczelnianych kabin – Studenterhytta (coś na kształt naszego schroniska młodzieżowego, z tym, że uczelniane), która za drobną opłatą takie dodatkowe atrakcje zapewnia. Plan był taki, aby dojechać na miejsce, szybko wyjść na szczyt i zejść w porze obiadowej. Udało nam się go zrealizować jedynie w części, między innymi dlatego, że było już dosyć późno i ciemno, a noc była niestety bezksiężycowa. Widoków zatem spektakularnych nie było, jeśli nie liczyć jedynej wyspy światła w niedalekiej odległości od parku – Trondheim. Samo wejście również pochłonęło sporo wysiłku, jako, że natrafiliśmy na o wiele głębszy śnieg niż ten w mieście, a nie byliśmy specjalnie przygotowani. Na szczęście był w większości ubity i tylko miejscami zapadaliśmy się do połowy ud… 😛 Zejście i powrót przebiegły bez większych przeszkód.

Tego samego wieczora, o ile dobrze pamiętam, urządziliśmy sobie małą degustację na mieszkaniu, do której dołączyła również dziewczyna jednego ze współlokatorów, Litwinka Alisa. Fotoreportaż poniżej 😉 (nikt nie zginął!)

Kolejnym punktem, który chciałem zaliczyć była słynna wieża – Tyholt Tower – z restauracją na szczycie i obracającą się wokół własnej osi podłogą! (pełny obrót zajmuje 360 stopni, a fenomen ten można obejrzeć klikając TUTAJ ). Wspominaliśmy i o niej uprzednio, nawet odwiedziliśmy ale osobiście nie miałem wcześniej okazji wypróbować słynnego pizza-bufetu ani podziwiać zimowej panoramy Trondheim. Możecie ją zobaczyć oczywiście na zdjęciach.

W Trondheim obecnie bardzo ładna zima (przynajmniej była kiedy robiłem te zdjęcia 😛 ) co oczywiście sprzyja spacerom. Kilka ciekawszych zdjęć możecie również podziwiać w galerii poniżej. Na samym końcu wrzucam jeszcze zdjęcia swojego wydziału i jego budynków na terenie uczelni. Do usłyszenia!

K

PS
Dotarły do mnie pewne informacje, którymi chciałbym się pochwalić. Otóż, dwie ostatnio poznane polskie koleżanki w Trondheim, Sylwia i Sabina, wspomniały, że przed swoim przyjazdem tutaj śledziły naszego bloga i po części to on wpłynął na ich decyzję o wyjeździe! Dzięki dziewczyny, to wielka motywacja do pisania! Pozdrawiam serdecznie 🙂

Wielki COME BACK!

Pozwole sobie przejsc tym samym do wydarzen obecnych. Jestem w Norwegii i tworze prace magisterska. I troche z tym jest pracy, tym razem duzo wiecej niz sie spodziewalem… Zaczne od tego ze zmienilem wydzial. W poprzednim semestrze byl Dept. of Civil and Transport Engineering. Obecnie jest to Dept. of Geology and Mineral Resources Engineering, Faculty of Engineering Science and Technology. Brzmi moze malo geodezyjnie, a bardziej gorniczo, tudziez eksploatacyjnie, no ale moj kierunek, jakim jest Geodezja Gornicza, jest niejako zlaczeniem podstaw i wiedzy z kilku innych dziedzin. Czuje sie wiec tutaj jak u siebie. Budynek wyglada na nieco starszy niz poprzedni moj wydzial, w niczym jednak nie ustepuje mu technologicznie. Pracownie sa podobnie wyposazone, w mocny sprzet, drukarki, skanery, itp (zdjecie). Co wiecej, zostalo mi przydzielone osobiste stanowisko do pracy, w pomieszczeniu w ktorym nie zasiada wiecej niz 8 studentow, bardzo rzadko (jeszcze sie nie spotkalem) zdarza sie zeby wszyscy jednoczesnie (zdjecia).

Co do samej pracy jest tutaj taka zasada, ze techniczne kierunki tworza prace magisterkie w scislej wspolpracy z przemyslem. W moim przypadku jest to firma NorCem, z siedziba na podludnie od Oslo, czlonek grupy Heidelberg Cement. Nie moge zbyt wiele wspomniec na jej temat, gdyz obowiazuje mnie klauzula tajnosci, pod kara odmowy dalszej wspolpracy ze mna przez firme, jak rowniez sama uczelnie. Motywacje zatem mam silna, jesli interesuja Was szczegoly – latwo znalezc ich strone internetowa 😉

Pracy jak juz wspomnialem jest duzo, stad tez pisze o tym wszystkim dopiero teraz, mimo iz przebywam z powrotem w Trondheim od polowy stycznia. Podejscie mojej Pani Koordynator (tak sie to tutaj zwie) jest bardzo powazne, wymagania sa konkretne, zatem dlugie godziny spedzilem na szykowaniu sie do kolejnego wyjazdu do zakladu NorCem-u. Nastapi to w najblizsza srode, oczywiscie samolotem, bo jakze by inaczej (Norwegia w koncu 😛 ) i spedze tam prawie 2 tygodnie, zbierajac istniejace dane i wykonujac pomiary. Duzo czasu rowniez spedzam na studiowaniu literatury, zwiazanej z eksploatacja strzalowa kopaln odkrywkowych (coz, duzo na ten temat dotychczas nie bylo zajec) i zaganieniami geodezyjnymi podczas obslugi takich inwestycji. Dochodza tez do tego kwestie prawne, zarowno tutaj jak i w Polsce, gdyz jest plan, aby je ze soba porownac. Swietna sprawa jest to, ze otrzymuje tutaj pomoc z naprawde wielu zrodel, kontakt z zakladem oraz pracownikami uczelni jest plynny, widze ze to co robie ma sens i na pewno nie jest to ‚sztuka dla sztuki’. To wszystko sklada sie na niezmierna chec wlozenia w caly projekt swojego czasu i wysilku. To dopiero poczatek tej drogi i napewno opowiem wam, w miare mozliwosci, co napotkalem po drodze 😉

 

Posrod innych nowych spraw nalezy wspomniec kolejna zmiane mieszkania, z wioski studenckiej Steinan na inna – Moholt. Glowne plusy to duzo blizej na uczelnie, duzo wiecej studentow, a tym samym wszystkich potrzebnych udogodnien: linii autobusowych, supermarketow, klubow studenckich, oczywiscie znajomych, itp 😉 Mieszkam obecnie z Hiszpanem, Hiszpanka oraz Chinka, poki co zero problemow. Jest to tym razem parter, a wiec zmiana na lepsze 🙂 Pokoj nieco mniejszy, bardziej kwadratowy i duzo mniej zagracony niz ten ze zdjecia, zrobionego zaraz po zwiezieniu calego majatku 😛 Wczoraj tez wymieniono mi lozko na nowe, a wiec administrator wciaz trzyma poziom, po wczesniejszej szybkiej reakcji na popsuty grzejnik 😀 Podsumowujac, warunki do mieszkania i pracy sa jak najbardziej komfortowe i to wszystko w nieco (ale jednak) mniejszej cenie!

Ciesze sie, ze w koncu napisalem, mam nadzieje ze i Wy rowniez. Koncze z obietnica (no i nadzieja 😛 ) podtrzymania dobrej passy blogera. Pozdrowienia z zimowego Trondheim!

K

Exams? Checked x 5!!!

Wszystkie egzaminy zdane! Najwazniejsza informacja pierwszej norweskiej sesji, i tak wlasciwie to rowniez ostatniej. Wyniki byly zaskakujaco dobre, poza jednym 3.0 na nasze (coz, zdarza sie 😛 ) Rafal oczywiscie rowniez zdal wszystko co mial do zdania, nieco lepiej ode mnie, zeby nie bylo ze nie wspomnialem 😉 A dlaczego tak sie stalo? Otoz, jak juz wczesniej zostalo wspomniane – kilka tygodni ciezkiej pracy. Sklamalbym mowiac ze kiedykolwiek wczesniej sesja kosztowala mnie tyle wysilku jak ta tutaj. Sklamalbym rowniez mowiac, ze nie spodziewalismy sie tego – w koncu wiedzielismy co robimy wybierajac Norwegie jako kraj wymiany. W przeciwienstwie do wiekszosci opinii znajomych, wyjezdzajacych na Erasmusa – nie traktowano nas tutaj inaczej. Nie mielismy ‚z gorki’ ani zadnej innej taryfy ulgowej. Bylo conajmniej tyle samo stresu co zawsze przed sesja, moze nawet troche wiecej, co powodowala swiadomosc iz mamy jedynie jeden termin egzaminu. 3 ustne oraz 2 pisemne, co razem skladalo sie na 4 przedmioty (jeden z nich tworzyly 2 odrebne jednostki). W skrocie chcialbym przedstawic Wam jak to wygladalo.

GEOMATICS-SPECIALISATION COURSE

Czyli zacznijmy od najlepszych wynikow 😉 Przedmiot skladajacy sie z 2 jednostek: Geographic Information Science oraz Satellite Geodesy, ze slynnym, wspominanym wczesniej profesorem z Iranu. Oba ustne, na obu dwoch egzaminujacych. Czas egzaminu: 30-45 minut. Na pierwszym wspomnianym prezentacja z jednego przydzielonego zagadnienia oraz losowanie drugiego, z ktorego jak najwiecej i jak najlepiej nalezalo strescic. Na drugim – kartka z zagadnieniami, glownie dotyczacymi systemu GPS, o ktorym naprawde sporo sie dowiedzialem na zajeciach podczas minionego semestru. Wsrod zagadnien jedno szczegolnie ciekawe – praktyczne zadanie zaprojektowania systemu i metody pomiaru GPS-em w zadanej sytuacji. Nailed it! 😀

APPLIED GEOMATICS

Egzamin pisemny. Wiele zadan obliczeniowych, jak rowniez teorii. 4 godziny czasu i 4 godziny wykorzystane (!) Interesujaca byla lokalizacja: hala sportowa, nie majaca nis wspolnego z budynkami uczelni, polozona w sasiedztwie rzeki, przy ktorej temperatura -15 oraz wysoka wilgotnosc sprawialy ze czlowiek odczuwal jakies -30 😛 No ale chwilowe  zamrozenie mozgu chyba jednak pomoglo 🙂 Ciekawostka rowniez moze byc kadra nadzorcow, ktora skladala sie z emerytow obu plci, nie majacych nic wspolnego z tematyka egzaminu, ktora z reszta i tak byla swego rodzaju miksem, nawet w obrebie jednej sali. No i oczywiscie brak jakiegokolwiek obowiazku ‚stosownego’ (na nasze) ubioru. Najlepszym przykladem byl jeden z kolegow z zajec w swoim niesmiertelnym szarym dresie – nie rozstal sie z nim nawet na czas egzaminu 😀 Dodajmy do tego spore ilosci przekasek i innego jedzenia w obrebie kazdego indywidualnego stolika (np. bochen chleba) – bardzo osobliwe warunki do pisania egzaminu 🙂

GRAVIMETRY AND MAGNETOMETRY

Jeden z trudniejszych egzaminow, ze wzgledu na forme (ustny) oraz oczywiscie tematyke, ktora podowczas byla nam dosc obca i raczej nowa. Sporo fizyki, elementy geologii, duzo wykresow i zaleznosci, a takze pytan o zastosowanie w praktyce. Zapewne mozna bylo sie lepiej przygotowac, mimo wszystko zdane i to zdane nie najgorzej 🙂

GEOHAZARD AND RISK ANALYSIS

=Porazka… Egzamin nie majacy nic wspolnego z tematyka zajec czy cwiczeniami grupowymi. Mimo, iz prowadzacy przez caly czas trwania cwiczen uspokajali nas jakie wszystko bedzie powtarzalne i latwe, coz… nie bylo. Egzamin pisemny, mimo iz duzo czasu swoisty szok po otworzeniu arkusza (skad my to znamy? :D) i oslabiona koncentracja ze wzgeldu na fakt iz byl to ostatni egzamin = wspomniane 3.0 😉 Najwazniejsze ze sie udalo i mozemy ruszac dalej.

Tzn do Polski i szanownego Pana Dziekana, ktory teraz musi uznac nasz wysilek za odpowiednio wartosciowy w kryteriach AGH. Zyczcie nam powodzenia!

K

Zew przeszlosci…

Witam, witam, witam i jeszcze raz witam po tej ponad miesiecznej przerwie w blogowaniu! Nie bede sie tlumaczyl dlaczego, bo to nie w moim stylu. Zreszta – latwo mozna sie domyslic wszelakich powodow niepisania po powrocie do kraju na swieta – 16 grudnia 2012… No ale coz, zaczal sie luty, w Polsce sesja pelna para, a tutaj juz od kilku tygodni intensywna praca nad moim projektem magisterskim! No ale po kolei.

Drogi Rafale! Nie potrafie wyrazic slowami o ile gorszy bylby ten ERASMUS bez Ciebie. Ilu rzeczy bym nie zobaczyl, ilu miejsc bym nie znalazl, ilu ludzi bym nie poznal… Gdy wyjezdzalismy na wycieczki byles swietnym organizatorem i przewodnikiem. Gdy bylo cos do zrobienia – skutecznym motywatorem i nierzadko nadzorca naszej pracy grupowej, ale nie bylbym do konca szczery gdybym nie wspomnial ze rowniez czasem wkurzajacym wrzodem na tylku w tej materii 😛 Mimo to, egzaminy obaj zdalismy, a w moich ostatecznych wynikach jest duza Twoja zasluga, a wiec jeszcze raz – dzieki 🙂 Bede zawsze mile wspominal ten czas, moge jedynie zalowac ze nie poznalem Cie bardziej i ze juz Cie tutaj ze mna nie ma. Jestes zawsze mile widzianym gosciem.

K